Gosford Park [2001]
Jeden z ostatnich filmów mistrza reżyserii, zmarłego 1,5 roku temu Roberta Altmana. Nie ukrywam, że jest on jednym z moich ulubionych „wielkich” kina, gdyż jego filmy mnie do siebie przekonują zdecydowanie bardziej niż chociażby Antonioniego.
Obraz przedstawia historię zjazdu rodzinnego w posiadłości pewnego zamożnego dżentelmena, sir Williama McCordle`a (Michael Gambon). Dokładnie ukazane relacje, które zachodzą w środowisku zblazowanych elit i służby tychże, a także ich wzajemne powiązania i kontakty. W trakcie przyjęcia dokonane zostaje morderstwo i na miejsce zostaje przysłany sztab policji. Dla Altmana nie jest jednak najważniejsze by ukazać, kto stoi za zbrodnią, ale jak też reagują na nie przedstawiciele odmiennych klas społecznych.
W „Gosford Park” obserwujemy bardzo powolną akcję, na pierwszy rzut oka całkowicie nużącą. Jest to jednak bardzo pochopne, gdyż film składa się z szeregu wątków pobocznych, które ostatecznie nakładają się na siebie i zazębiają. Do tego niewielkie tempo opowieści pozwala wznieść się na wyżyny aktorstwa zarówno starszym i uznanym osobom, chociażby Michaelowi Gambonowi i Maggie Smith, a także młodszemu pokoleniu, czyli Ryanowi Philippe`owi, Clive`owi Owenowi i Emily Watson. Altman jednak kręcił mimo wszystko lepsze filmy, ten nie jest arcydziełem, aczkolwiek poniżej pewnego, wysokiego poziomu nie zszedł nigdy.
Ocena: 8/10
Hitman [2007]
Nie widziałem jeszcze dobrego filmu, który byłby ekranizacją gry. Do tego typu produkcji reżyserzy mają niestety pecha, chociaż materiał, jakim była gra „Hitman” jest wyśmienity.
Xavier Gens przedstawił więc widzom poprawny film akcji opowiadający o super zabójcy, niemożliwym do schwytania i zabicia. Niestety, ale Agent 47 (w tej roli drewniany Timothy Olyphant) okazał się Jasonem Bourn`em „dla ubogich”. Ładnie natomiast prezentowała się Olga Kurylenko, szkoda tylko, że scenarzystom zabrakło zupełnie pomysłu na jej postać i przez cały film wydawała się wciśnięta do niego na siłę. Do tego należy dołożyć wręcz idiotyczne dialogi i produkcja, która mogła być sukcesem okazuje się ładnie opakowanym gniotem. Mimo wszystko…
Ocena: 4/10
Beowulf [2007]
Robert Zemeckis był kiedyś reżyserem, dla którego efekty specjalne były jedynie dodatkiem do fabuły (przecież znikąd nie wziął się wybitny „Forrest Gump” czy genialna trylogia przygodowa „Powrót do przyszłości”). Od pewnego czasu można jednak zauważyć, że ogarnęło go istne szaleństwo na punkcie CGI i możliwości animacji komputerowej. O ile „Ekspres Polarny” można było obejrzeć, nie mając większych zastrzeżeń, jako film-bajkę typowo świąteczną i w takim celu nakręconą, to już „Beowulf” pozytywnego wrażenia pod kątem historii nie robi. Ok., to adaptacja starego jak świat eposu i nic więcej nie można było ugrać, ale… Ale ten film to w dalszym ciągu jest jeden wielki efekt specjalny. Bardzo żałuję, że tak krytykuję fabułę filmu, którego scenarzystami byli niezapomniany twórca „Pulp Fiction” Roger Avary i jeden z moich ulubionych powieściopisarzy Neil Gaiman, nie mogę jednak pozostać obojętny, gdy widzę kiepski film. Zastanawiam się wręcz, po co było zatrudniać tylu znanych aktorów, skoro i tak czasami ciężko ich poznać.
Mimo wszystko film pod kątem wizualnym robi piorunujące wrażenie. Oglądałem go w IMAXie i chyba dlatego wystawiam tak wysoką notę, gdyż przypuszczam, że na zwykłym ekranie byłoby gorzej z odbiorem tego typu obrazu.
Ocena: 6/10
Transformers [2007]
O tym filmie pisano już wiele recenzji. Był to bez wątpienia hit wakacyjny przynoszący kupę kasy potrzebującym rozrywki widzom. I fakt – właśnie rozrywkę dostarcza w najczystszej postaci. Zgadzam się, że Michael Bay robi jedynie pozbawione sensu i polotu widowiska przeładowane efektami. Ale do cholery, jakie widowiska! „Transformers” zachwycają efektami, posiadają odpowiednią dawkę humoru i są na tyle lekkie, że bez problemu na czas seansu można wyłączyć myślenie delektując się doznaniami audiowizualnymi. Także wyłączając myślenie: Mur mówić „Transformers” podobać się mu. I gratis dla wielbicieli Baya:
Ocena: 7/10
Grindhouse vol. 1: Death Proof [2007]
Tym razem będę bardzo nieobiektywny jako olbrzymi fan twórczości Quentina Tarantino, niepotrafiący w dodatku spojrzeć krytycznie na jego dokonania. Wszem i owszem ( ;) ) ogłaszam, że film ten jest re-we-la-cy-jny! Świetne dialogi (co charakterystyczne dla QT), rewelacyjna gra aktorska (Kurt Russel rządzi!), piękne kobiety (lap dance Vanessy Ferlito rozkłada na łopatki) i przede wszystkim klimat to jest to, co Murqi lubią najbardziej ;).
No dobra, nie jest to może „Pulp Fiction” czy „Wściekłe Psy”, ale i tak fav+1.
Ocena: 9/10
Grindhouse vol. 2: Planet Terror [2007]
Aż takim wielbicielem Rodrigueza jak Tarantino to nie jestem, ale i tak film ten mi się bardzo podobał. Brakowało mi jednak czegoś, ale dokładnie czego ciężko mi sprecyzować. Niezwykle trudno recenzować film, który z założenia ma nawiązywać do kina niskiej jakości i niewysokich lotów, dlatego raczej nie podejmę się tego zadania.
Samo odniesienia do filmów grindhouse udało się w 100% - obraz pogorszony cyfrowo faktycznie robi wrażenie, historia i postacie są dobrze dopasowane do klimatu. Subiektywnie jednak nie robi takiego wrażenia jak wcześniej opisany „Death Proof”. Ciągle jest jednak bardzo dobry:
Ocena: 8/10
Tort ze śniegu (Snow Cake) [2006]
Alex Hughes (Alan Rickman) wyszedł właśnie z więzienia i podróżuje przez Stany Zjednoczone. Po drodze zabiera autostopowiczkę, z którą mimo początkowej niechęci zaczyna dogadywać się coraz lepiej. Niestety, biorą udział w wypadku, w którym jego towarzyszka ginie a on sam z powodu poczucia winy postanawia odwiedzić jej chorą na autyzm matkę (Sigourney Weaver).
Obraz ma niesamowicie ciepłą atmosferę oraz pozytywne przesłanie. Zaskoczyła mnie genialna gra aktorska Weaver, gdyż poziomu zaprezentowanego przez Rickmana się po prostu spodziewałem. Historia jest dopracowana w każdym szczególe, gdyby tylko scena wypadku nie była tak schematyczna… Bez wątpienia film warty zobaczenia.
Ocena: 8/10
Halloween [2007]
Ze wstydem muszę przyznać, że nie widziałem żadnej dotychczasowej części „Halloween”, nawet oryginału Carpentera. Nie jestem wielkim fanem slasherów, dlatego nie ciągnęło mnie do tego obrazu. Zobaczyłem go tak od niechcenia i jestem skłonny go jak najszybciej zapomnieć.
Film jest tak bardzo RobZombiowy jak tylko może być. Praca kamery, kolorystyka, wygląd postaci. I nie uważam tego za atut, gdyż żaden film tego pana mnie nie zachwycił. Podoba mi się przeczytane gdzieś określenie, że nie jest on reżyserem a zwykłym pasjonatem, z czym zgadzam się w 100%. Więcej o tym filmie pisać mi się nie chce – punkciki dodatnie jedynie za kilka smaczków w postaci Udo Kiera czy Malcolma McDowella.
Ocena: 3/10
