poniedziałek, 31 grudnia 2007

Tak na koniec roku

Okres świąteczny nie sprzyja pisaniu notek. Mimo tego, że dni wleką się powoli, czas wolny zdaje się wypełniony do końca. Pomiędzy świątecznymi imprezami, spotkaniami ze znajomymi, pisaniem pracy semestralnej z tak bezsensownego przedmiotu jak podstawy informatyki i przeróżnymi domowymi obowiązkami, znalazłem czas na pochłonięcie kilku filmów. W Nowy Rok więc, bo już nie dzisiaj, czeka Was lektura kolejnej hurtowej recenzji (coś mi się wydaje, że głównie takie tutaj będą, gdyż ilość i tempo oglądania filmów rośnie wprost proporcjonalnie do spadku ochoty na pisanie ;) ).

Za kilka godzin większość ludzi rozpocznie zabawę sylwestrową (w tym ja, aby nie było, że siedzę w domu i ględzę). Nie jestem specjalnym entuzjastą tego typu imprez, dla mnie nie wyróżniają się niczym nadzwyczajnym, by czekać na nie z wypiekami na twarzy. No, ale wypada napisać, że życzę szczęśliwego Nowego Roku. Mazel tow!

niedziela, 23 grudnia 2007

Telewizyjne święta filmowe

Znowu przyszły święta. Cóż począć ze sobą, gdy nie lubi się biesiadowania w rodzinnym gronie, żołądek nie przyjmuje nawet krzty pokarmu więcej a od kolędowania i świątecznych programów robi się niedobrze? Całe szczęście telewizyjna oferta filmowa jest szeroka. Wiele innych portali i serwisów stworzyło ranking świątecznych propozycji filmowych, np.: Filmweb i jego święta przed telewizorem, czy też Popcorner ze swoim poradnikiem. Większość skupia się na przeanalizowaniu ramówki powszechnie dostępnych stacji – co jednak, gdy nie lubimy jak przerywa się film reklamami? Ja tego nienawidzę, dlatego szerokim łukiem omijam wszelkie Polsaty, TVNy i TV4, obojętnie jak dobrego zestawu filmów by nie mieli. Zostaje jeszcze publiczna, ale przeważnie i tak nic ciekawego tam nie ma. Skupiłem się więc na programie świątecznym stacji mniej powszechnych, czyli Canal+, HBO, Ale Kino!, Cinemax i innych.

W święta będziemy mogli zobaczyć tym samym trochę klasyki („Doktor Żywago” z Omarem Sharifem, „Fort Apache” Johna Forda, „To wspaniałe życie” Franka Capry) i współczesnego kina rozrywkowego („King Kong” Petera Jacksona, „Posejdon” Wolfganga Petersena, „V jak Vendetta” z Natalie Portman, „Twierdza” Michaela Baya, „Misja na Marsa” Briana de Palmy, „Mission: Impossible 3” z Tomem Cruisem). Nie zabraknie również komedii („Wszystko zostaje w rodzinie” z Rowanem Atkinsonem, obsypane nagrodami „Lepiej być nie może” z Jackiem Nicholsonem, „Kung Fu Szał” Stephena Chow), a także filmów wielkich reżyserów („Gracz” Roberta Altmana, „Cotton Club” Francisa Forda Coppoli, „Wszystko gra” Woody’ego Allena, „Konformista” Bernardo Bertolucciego, „Las Vegas Parano” Terry’ego Gilliama, „Historia Przemocy” Davida Cronenberga) i świetnych kreacji aktorskich (Robin Williams w „Stowarzyszeniu umarłych poetów”, Mel Gibson w „Buncie na Bounty”, Dustin Hoffman w „Rain Man”). Obrodziło w tym roku w filmy Davida Lyncha („Prosta historia”, „Blue Velvet”) oraz Tima Burtona („Gnijąca panna młoda”, ale i „Edward Nożycoręki” na TV4, „Miasteczko Halloweeen” na Polsacie, „Charlie i Fabryka Czekolady” na TVNie oraz „Jeździec bez głowy” tuż po świętach w Canal+ Film). A i to nie wszystko, ale pozostałych filmów szukajcie w spisie poniżej.

Zestawienie napisałem wedle mojego uznania. Są to moim zdaniem najciekawsze propozycje filmowe tych stacji na święta, ale zapewne kto inny znajdzie dla siebie tam jeszcze coś innego.

Wigilia:

00:00 – Gracz (The Player), Cinemax 2

02:55 – Cotton Club (The Cotton Club), Zone Europa

03:40 – Jak we śnie (La Science des rêves), Canal+

04:15; 21:00 – Kung Fu Szał (Kung Fu Hustle), HBO2

11:40 – Trio z Belleville (Les Triplettes de Belleville), Ale Kino!

14:10 – Dowód (Proof), HBO2

14:35 – Śniegowe ciastko (Snow Cake), Canal+ Film

15:50; 06:00 (25.12) – Gnijąca panna młoda Tima Burtona (Corpse Bride), HBO2

16:00 – To wspaniałe życie (It's a Wonderful Life), Ale Kino!

18:15 – Kopia Mistrza (Copying Beethoven), Canal+ Film

21:00 – Rain Man, TCM

21:55; 11:35 (25.12) – Prosta Historia (The Straight Story), Zone Europa

22:00 – Blue Velvet, Cinemax 2

23:00 – Lepiej być nie może (As Good as It Gets), AXN

23:30 – Przyjaciele (The Last Kiss), Canal+

Boże Narodzenie:

01:20 – Gdzie leży prawda (Where the Truth Lies), Canal+ Film

05:00; 17:40 – Doktor Żywago (Doctor Zhivago), TCM

08:00 – Stowarzyszenie umarłych poetów (Dead Poets Society), Ale Kino!

14:25 – Jasminum, Canal+

16:50 – King Kong, Canal+

20:00, 15:50 (26.12) – Okruchy dnia (The Remains of the Day), Zone Europa

22:00 – Twierdza (The Rock), Ale Kino!

22:40 – Posejdon (Posejdon), HBO2

23:00 – Ludzie Honoru (A Few Good Men), AXN

Drugi dzień świąt:

01:55 – Fortepian (The Piano), Zone Europa

02:10; 21:00 – Historia Przemocy (A History of Violence), HBO2

02:15 – Siedem mieczy (Chat Gim), Canal+

03:45, 22:35 – V jak Vendetta (V for Vendetta), HBO2

04:00; 20:00 – Las Vegas Parano (Fear and Loathing in Las Vegas), Zone Europa

04:05 – Wszystko gra (Match Point), Canal+ Film

08:00Fort Apache, Ale Kino!

13:50 – Misja na Marsa (Mission to Mars), Ale Kino!

14:50 – Wszystko zostaje w rodzinie (Keeping Mum), Canal+ Film

15:55 – Bunt na Bounty (The Bounty), Cinemax

18:30 – Edison, HBO

20:00 – Wyznania Gejszy (Memoirs of a Geisha), Canal+ Film

21:00 – Mission: Impossible 3, Canal+

24:00 – Konformista (Il Conformista), Ale Kino!

Koniec z The 4400

Smutna wiadomość, ale jeden z moich ulubionych seriali został zakończony. "The 4400", bo o tym mowa, doczekało się czterech sezonów, piątego nie będzie. TV.com na stronie serialu już nawet potwierdza status "Ended".

"The 4400" opowiadało o grupie ludzi, którzy na przełomie kilkudziesięciu lat zaginęli i nagle pojawili się w jednym miejscu objawiając specjalne zdolności, np. leczenie, czytanie w myślach itd. Kolejny serial o superbohaterach, hę? A właśnie, że nie - "The 4400" było serialem zdecydowanie lepszym od tak popularnych teraz "Heroes", którzy defacto czerpią garściami z uniwersum Marvela i serii X-Men przez co są bardzo wtórni. Bohaterowie "The 4400" byli zdecydowanie ciekawsi, mniej jednowymiarowi. Do tego sama kwestia nadzwyczajnych umiejętności była ciekawie rozwiązana, fabuła więc była dosyć innowacyjna.

Szkoda, bo chyba najlepszy (obok "Eureki") serial z ramówki letniej schodzi z anteny. Na szczęście finał sezonu 4 zakończył większość rozpoczętych wątków, jakby twórcy przewidywali, że seria nie zostanie więcej wznowiona.

Na pewno "The 4400" wyróżniało się bardzo klimatycznym intro. To chyba najlepsza czołówka serialu jaką znam:

Się wozimy

Od wczoraj w garażu stoi Land Cruiser. Duże to bardzo, trzeba się będzie przyzwyczaić, tak jak i do automatycznej skrzyni biegów. No, ale... ;).
Świeżutki, dopiero co kilka dni temu przyjechał z Niemiec. Nowa edycja jednego z najlepszych samochodów terenowych o standardzie SUVa. Tylko GPS szprecha po niemiecku :).

Warto, nie warto, warto, nie warto…

Dawno nie napisałem żadnej notki. Nie było to jednak wbrew pozorom spowodowane lenistwem, a zwykłym brakiem czasu. Dwa ostatnie dni spędziłem na zmianę w pociągu i autokarze, więc do komputera miałem ograniczony dostęp, natomiast wcześniej albo byłem na zajęciach (taa), albo (heh) oglądałem filmy ;). Tym samym narobiło się trochę zaległości w ich opisywaniu. Szczerze – nie chce mi się ich recenzować, gdyż zdecydowanie za dużo tytułów widziałem, a także – bo po prostu dłuższego tekstu wart jest może jeden, góra dwa z nich. Podzieliłem więc na kategorie „Warto” i „Nie warto”, których nazwy mówią same za siebie ;).

Nie warto:

Pracownik miesiąca (Employee of the Month)

To jest zły film. Bardzo zły. Nie dość, że nie śmieszny (chociaż komedia) to jeszcze fatalnie zagrany, nudny, bohaterowie irytujący, a przede wszystkim przeraźliwie głupi (film, nie bohaterowie; chociaż…). Jeżeli twórcy myśleli, że umieszczenie akcji w hipermarkecie, dodanie do obsady wziętego komika i atrakcyjnej gwiazdki muzyki pop pozwoli zrealizować udany film pomimo słabego scenariusza, to przeliczyli się lub są po prostu idiotami.

Ocena: 2/10 (mimo wszystko film ten nie sięgnął kompletnego dna)

Licencja na miłość (License to Wed)

Komedyjka romantyczna jakich wiele. Schematyczna, sztampowa, nudna, ani trochę zabawna. Dziwię się, że całkiem niezły aktor, jakim jest Robin Williams, zgodził się w nim zagrać. Chociaż – ostatnio jakoś większość jego filmów nie jest najwyższych lotów. Mimo wszystko + za jego rolę, + za ładnie wyglądającą, chociaż beznadziejnie grającą Mandy Moore i +, że mimo wszystko to lepszy film od „Pracownika miesiąca”.

Ocena: 3/10

Dreamgirls

To może być dla niektórych zaskoczenie, że film tak pozytywnie przyjęty przez widownię na całym świecie, z obsypanymi nagrodami piosenkami i znaną obsadą, znalazł się u mnie w tej sekcji. Cóż poradzę, że dla mnie jest po prostu słaby? Zupełnie nie wytrzymuje konkurencji innych współczesnych musicali, chociażby świetnego „Moulin Rouge”.

Fabuła jest kiepska, piosenki w stylu R’n’B na początku są dużym plusem, z czasem męczą coraz bardziej, aż pod koniec głowa od nich pęka, natomiast gra aktorska w najlepszym wypadku przyzwoita (Eddie Murphy). Do tego w roli głównej kolejna w tym zestawieniu gwiazdeczka pop (po Simpson i Moore), czyli Beyonce Knowles, której gra (jak i ww.) opiera się na ładnym wyglądzie + w tym przypadku śpiewaniu. Zastanawiające, że w każdym z trzech najgorszych filmów tego rankingu gra jakaś piosenkarka – najwyraźniej jestem uprzedzony do nich ;)

Ocena: 3/10

Evan Wszechmogący (Evan Almighty)

W 2003 roku do kin weszła bardzo fajna komedia z Jimem Careyem i Jennifer Aniston, czyli „Bruce Wszechmogący”. Ten film był trampoliną do sławy dla Steve Carella, który brawurowo zagrał drugoplanową postać Evana Baxtera, rywala tytułowego bohatera. Wziął on udział nawet w najlepszej scenie tego filmu, która moim zdaniem już zaraz po premierze przeszła do klasyki komedii. Kto oglądał ten wie o czym piszę.

Wracając do tematu – zastanawiam czy bardziej było można spieprzyć sequel tak dobrego filmu? Bruce był śmieszny, Evan – nie. Jim Carrey w roli głównej wypadł wyśmienicie, Carell wręcz przeciwnie. I najważniejsza zmiana – z komedii zrodził się film familijny. Do tego ta cała moralizatorska otoczka dotycząca dbania o środowisko i parki narodowe (swoją drogą akcję można by równie dobrze z tym samym scenariuszem osadzić chociażby w dolinie Rospudy). I tylko Morgan Freeman ciągle ten sam.

Ocena: 3/10

Idiokracja (Idiocracy)

Jest sobie rodzeństwo Wilsonów. Luke, Owen i ten trzeci, którego i tak nikt nie zna. Biorąc się za obejrzenie amerykańskiej komedii, ma się bardzo dużą szansę, że na któregoś z nich się trafi, gdyż w tym gatunku po prostu królują.

W „Idiokracji” otrzymujemy zatem Wilsona Najmłodszego, sporą dozę dowcipów i ciężarówkę ironii. Wojak Wilson zostaje w ramach eksperymentu militarnego poddany hibernacji. Coś idzie nie tak i zamiast po roku budzi się 500 lat później. Hmm, skąd ja to znam? Nieważne. Z trwogą zauważa, że ludzkość zidiociała i przemieniła się w kompletnych niedorozwojów.

Film dotyka ważnego tematu upadku wartości we współczesnych społeczeństwach zachodu, gdzie ludzi karmi się tanią rozrywką, edukacja przestaje być walorem a korporacje w imieniu własnych interesów mówią nam co jest dobre, a co nie. Jest ironią na kondycję społeczeństwa konsumpcyjnego, krytykuje powszechną mcdonaldyzację życia oraz zaniedbanie kultury wyższej. Wszystko to brzmi dosyć zachęcająco, nieprawdaż?

Zgodziłbym się z tym, aczkolwiek w pewnym momencie film zaczyna być… kiczowaty. Żarty są kiepskie, scenariusz ma zdecydowane braki, a strona techniczna jest niedopracowana. Potencjał był ogromny, mógł to być film ważny dla naszego pokolenia i poruszający istotne kwestie dla nas i naszej przyszłości. Ostatecznie otrzymaliśmy kolejną Wilsonkomedię z żartami mniej lub bardziej zabawnymi, a cała ironia i pastisz gdzieś zanikły.

Ocena: 4/10

Zgon na pogrzebie (Death at a Funeral)

Brytyjska czarna komedia w reżyserii Muppetmastera Franka Oza. Jest sobie pewna rodzinka, której przychodzi spotkać się na pogrzebie krewnego. I tam też dzieją się różne wydarzenia, które nie pozwalają tej ceremonii nazwać normalną.

Chociaż uwielbiam kino brytyjskie, tak tym razem film nie przypadł mi do gustu. Za dużo w nim „American Pie”, za mało „Monty Pythona”. Nastawiony byłem na angielski humor z wyższej półki, a zobaczyłem kawały z fekaliami wujka na ręku i lataniem nago po dachu. Nie fajnie.

Ocena: 4/10

Strzelec (Shooter)

Tak zachwalano mi ten film, ochy i achy były wszechobecne, że niby w końcu dobra sensacja, że świetny Wahlberg , że super fabuła itpp. (i tym podobne pierdoły). A „Strzelec” to co najwyżej podrasowane odrobinę filmy z Segalem z domieszką Johna Rambo. Głupia fabuła, głupie niektóre sceny i średni film, chociaż nieźle zrealizowany, z fajnymi sekwencjami strzałów snajperskich. Zobaczyć można, ale jak się nie ma nic innego do roboty i za wielkich oczekiwań.

Ocena: 5/10

Niepokój (Disturbia)

Sam nie wiem, czy oglądałem komedię młodzieżową czy też thriller psychologiczny. W tym filmie jest wszystko – a jak wszystkiego po trochę, to i nic porządnego z tego nie wyjdzie. Teraz też się nie udało, chociaż twórcy starali się jak mogli, garściami czerpiąc z kultowego „Okna na podwórze” Hitchcocka. Muszę jednak przyznać, że początkowa scena wypadku jest świetna, do tego Shia LaBeouf gra naprawdę imponująco, a Sarah Roemer jest bardzo atrakcyjna, przy czym nawet jakoś tam daje radę aktorsko! Ale nie zmienia to faktu, że film jest taki sobie.

Ocena: 5/10

Dobry Agent (The Good Shepherd)

Być może to jest dobry film, bądź co najmniej lepszy niż ocena, którą mu wystawiłem. Możliwe, że negatywne wrażenie zostało wywarte przez warunki, w których go widziałem (jadąc pociągiem relacji Warszawa – Słupsk, korzystając z konsoli Sony PSP). Na chwilę obecną nie mam jednak ochoty oglądać go drugi raz by skonfrontować swój wcześniejszy pogląd z wrażeniami po seansie w normalnych warunkach.

Ciągnął się jak flaki z olejem. Blisko trzy godziny bez krzty akcji, ze scenami dopieszczonymi tak dokładnie, że chyba każde mrugnięcie było w nich wcześniej zaplanowane. Nie mogę powiedzieć, że to film zły – na dobrą sprawę w nim jest wszystko na bardzo wysokim poziomie, od aktorstwa i reżyserii po scenografię i montaż. Ale męczył, oj męczył strasznie. Dlatego tak nisko.

Ocena: 5/10

Warto:

Big Nothing

Pierwszy film w tym zestawieniu, który mogę z czystym sumieniem polecić. Czarna komedia z fajnie zarysowanymi charakterami postaci, interesującą intrygą i serią wypadków, mniej lub bardziej makabrycznych.

W rolach głównych David Schwimmer (czyli Ross z „Przyjaciół”) i Simon Pegg (tak, ten od „Hot Fuzz” i „Shaun of the Dead”) sprawdzają się nieźle. Sama fabuła nawiązuje do filmów Guya Ritchiego, wciąga i śmieszy. Arcydziełem ten film nie jest, ale obejrzeć jak najbardziej warto – dobra zabawa gwarantowana.

Ocena: 6/10

Słaby Punkt (Fracture)

Już dosyć dawno temu oglądałem film „Find Me Guilty” z Vinem Dieslem w roli głównej. Od tamtego czasu bardzo polubiłem dramaty sądowe, więc na „Słaby punkt”, który zbierał świetne recenzje, czekałem z niecierpliwością. Do tego obsada rewelacyjna, bo Hopkins i Gosling to ekstraklasa aktorska. I nie zawiodłem się, chociaż film nie był aż tak rewelacyjny jak oczekiwałem. Mimo wszystko fabuła wciągająca, nastrój napięcia się udzielił i dwie godzinki upłynęły bardzo szybko.

Ocena: 7/10

Dobry rok (A Good Year)

Był wtorkowy wieczór, jak zwykle nie miałem nic do roboty, w środę zajęcia zaczynam dopiero po południu, więc jest czas by się wyspać jednocześnie siedząc do późnej nocy. Co więc miałem robić? Film1, pizza, film2, film3, prysznic, spać ;)

Pierwszy w kolejce – właśnie „Dobry rok”. Wstyd się przyznać, ale pojęcia nie miałem o tym filmie – kto w nim gra, kto jest reżyserem, czego dotyczy fabuła. W dobie Internetu jest to rzadkość, wręcz przywilej, gdyż element zaskoczenia wpływa niebagatelnie na odbiór obrazu. Gdybym znał wcześniej opis, przeczytał recenzję czy zainteresował się komentarzami – nie wiem, czy bym w ogóle sięgnął po niego. A tak zacząłem oglądać i myślę: „O, Albert Finney, fajnie”, „Russel Crowe?!?”, „Haha, to chyba komedia”, „Jakie ładne zdjęcia i scenografia, uuu”, „Tę pannę skądś znam, kto to jest? Hmm” (chodziło o Marion Cotillard) i tym podobne. I tak przez cały film – podobało mi się to, podobało tamto, cieszyłem się z ciepłej atmosfery i pozytywnego nastroju w tym filmie. Skończył się i oglądam listę płac, a tam „Directed by Ridley Scott” – WTF!?! Nie mogłem uwierzyć, ale to plus dla Ridleya, bo udało mu się mnie zadziwić ;).

Ocena: 8/10

As w rękawie (Smokin’ Aces)

I na koniec – „Smokin’ Aces” o głupim polskim tytule, którego używać nie będę, bo jest kiepski ;). Czego by domorośli krytycy (ironizuję jakbym sam takim nie był) nie napisali, to jest kawał dobrego, męskiego kina. Reżyser nawiązuje do dorobku zarówno Tarantino, Quentina z resztą jak i Guya Madonny. I mu to cholernie wychodzi! Nie osiąga poziomu pierwowzorów, ale mimo to cały czas film jest super. Świetnie zarysowane postacie seryjnych zabójców, każdy o całkiem innych atrybutach, fabuła prosta ale inteligentnie rozwijana, sporo humoru i zabawnych sytuacji. Przede wszystkim jednak – rozwałka, rozróby i pełno przemocy. Uwielbiam to ;)

Ocena: 8/10

niedziela, 16 grudnia 2007

Chuck, Larry i Harold Crick

Nadrabiam zaległe filmy, na które wcześniej nie miałem czasu. Nazbierało się tego trochę, wszystkich recenzować nie będę, jednak te dwa akurat opisać warto. Z różnych powodów – bo było o nich dosyć głośno, gdy wyświetlano je w kinach, a także – bo po prostu tak mi się podoba. Nie mam za bardzo ochoty się rozpisywać, więc będzie krótko i zwięźle.

Państwo młodzi: Chuck i Larry (I Now Pronounce You Chuck and Larry)

Kolejna komedyjka z Adamem Sandlerem w roli głównej. Sam nie wiem czemu, ale nie przepadam za nim, podobnie jak za Benem Stillerem i Robem Schneiderem („Rob Schneider is… a stapler!” ;) ). Kojarzą mi się głównie ze słabymi filmami, które ciężko od siebie odróżnić. Dlatego też dużo czasu zajęło mi, by przemóc się do tej produkcji, w której występuje aż dwóch z nich (istna apokalipsa, kolejny raz).

Możemy zapoznać się więc z historią dwóch najlepszych przyjaciół, strażaków z NY. Jeden z nich, Larry (w tej roli Kevin James znany z sitcomu „Diabli nadali”), ma problemy z ustaleniem spadkobierców na wypadek jego śmierci. Jest wdowcem z dwójką dzieci, wiedzie ustatkowane życie, nie potrafi jednak zapomnieć o zmarłej żonie i ponownie zacząć się z kimś spotykać. By mieć pewność, że w przypadku nieszczęśliwego wypadku jego potomstwo nie pozostanie same, proponuje jedynej osobie, której może zaufać, czyli Chuckowi, wejście w udawany związek homoseksualny. I tak nakręca się cała machina – wokół węszą się wścibscy urzędnicy (Steve Buscemi), ponętna pani prawnik (Jessica Biel) zaprzyjaźnia się z Chuckiem, a w pracy znajomi przestają ich tolerować. Wszystko oczywiście kończy się dobrze, bo jak inaczej miało to wyglądać?

W oczy razi bardzo słaby scenariusz. Intryga sprawia wrażenie uknutej na siłę, bez pomysłu. Zachowanie postaci wydaje się sztuczne i nielogiczne, gdyż już sam powód zawarcia związku małżeńskiego między dwoma przyjaciółmi jest niezrozumiały. Do tego wszystko odbywa się w bardzo grzecznej atmosferze, a na koniec poprawność polityczna wręcz irytuje swą pompatycznością.

Film miał potencjał, zdarzają się naprawdę śmieszne gagi, głównie sytuacyjne. Są to jednak tylko przebłyski, po których znowu film siada i zaczyna wręcz nudzić bądź atakować widza jakąś głupotą (kogo jeszcze śmieszy Rob Schneider przebrany za cokolwiek, w tym przypadku Azjatę?). Szkoda zmarnowanego pomysłu, bo mogło być zdecydowanie lepiej.

Ocena: 4/10

Przypadek Harolda Cricka (Stranger Than Fiction)

Film, który miał premierę już ponad rok temu, chociaż ja dopiero niedawno miałem okazję go zobaczyć. I nie żałuję, a raczej żałuję, że tak późno.

Kojarzycie Marca Forstera? To reżyser całkiem niezłych filmów, czyli „Marzyciela” i „Czekając na wyrok” a także nadchodzącego Bonda dwudziestego drugiego. A Charlie Kaufmana? Ten z kolei napisał scenariusze do „Zakochanego bez pamięci”, „Adaptacji” czy „Być jak John Malkovich”. Ale chwila, chwila – Kaufman z tym filmem nie ma nic wspólnego! No właśnie…

Za scenariusz odpowiada świeżak w tej branży, czyli Zach Helm. Jest to dopiero drugi tekst jego autorstwa, a nawiązuje już poziomem i (przede wszystkim) stylem do wyżej wymienionego Kaufmana. To bez wątpienia komplement, gdyż komediodramat nie jest najłatwiejszym gatunkiem, natomiast autor „Adaptacji” jest jednym z jego najwybitniejszych przedstawicieli.

Pisząc tę recenzję zauważyłem, że nieumyślnie powielam tezy postawione przez Quentina na jego blogu. Cóż poradzę, że miałem podobne odczucia. Dlatego resztę tekstu skrócę do minimum, by nie być posądzonym o plagiat, czy też wzorowanie się na kimś innym ;)

Harold Crick jest pracownikiem urzędu skarbowego. Jego życie jest niesamowicie nudne, a on sam jest nieszczęśliwy i samotny. I tak od dwunastu lat. Wszystko zmienia się w momencie, gdy zaczyna słyszeć tajemniczy głos kobiety, która z czystym brytyjskim akcentem opowiada o nim, jego czynnościach i uczuciach. Po pomoc udaje się do literaturoznawcy i razem próbują rozstrzygnąć zagadkę. Po drodze się zakochuje i bierze udział w wielu irracjonalnych zdarzeniach.

W roli głównej Will Ferrell, który kojarzy się raczej z komediami głupimi do cna. Tym razem jednak obsadzono go w roli ambitniejszej i przypuszczam, że może to być jego odskocznia do ekstraklasy aktorskiej, tak jak „Truman Show” był dla Jima Carreya. Wspiera go Dustin Hoffman, ładniejsza z rodzeństwa Gyllenhaalów, Emma Thompson i Queen Latifah – doprawdy gwiazdorska obsada, nieprawdaż? ;)

„Przypadek Harolda Cricka” nie jest do końca komedią. Nie ma momentów, w których można zaśmiać się w niebogłosy trzymając się za brzuch. Ma natomiast bardzo fajny klimat, z głównym bohaterem widz sympatyzuje i kibicuje mu podczas próby odmiany swojego dotychczasowego życia. Nie jest to również obraz idealny, aczkolwiek w moje gusta trafia skutecznie.

Ocena: 8/10

sobota, 15 grudnia 2007

1408

Lubię prozę Stephena Kinga, trochę mniej ekranizacje jego powieści. A na ekran przenosi się chyba każdą jego książkę, jak nie wszystkie to przynajmniej 90% z nich. Tym samym, obok bardzo udanych „Skazanych na Shawshank”, „Misery” czy „Zielonej Mili”, otrzymujemy stos filmów, których tytuły lepiej zapomnieć jak najprędzej. W związku z tym od „1408” Mikaela Hafstroma nie oczekiwałem zbyt wiele – ot, przyzwoicie zrealizowanego wcale-nie-strasznego dreszczowca.

Korzystając z wolnego, piątkowego wieczoru postanowiłem odbyć długo odkładany seans. Do tego miałem niezmierną ochotę pochłonąć jakiś nowy film, gdyż od pewnego czasu każdą wolną chwilę spędzałem nad serialem „Dexter” i tę dziedzinę odrobinę zaniedbywałem.

Przed filmem rzut okiem na obsadę – trochę zapomniany John Cusack w głównej roli Mike’a Enslina, pisarza specjalizującego się w przewodnikach po „nawiedzonych” miejscach. Do tego bardzo ceniony przeze mnie Samuel L. Jackson jako Gerald Olin, kierownik nowojorskiego hotelu i znany z roli detektywa Monka - Tony Shalhoub. No dobra – nie jest źle. Czas zacząć oglądać.

Film na początku zapowiada się na nieciekawy i nudny. Zapoznajemy się z główną postacią, wypalonym pisarzem specjalizującym się w demaskowaniu nawiedzonych miejsc, za którym ciągnie się widmo pierwszej, zupełnie innej od pozostałych, książki. Akcja rozpędza się w momencie przyjazdu Enslina do hotelu „Dolphin” w Nowym Jorku i dialogu między nim a kierownikiem przybytku – Geraldem Olinem. W tym momencie film przeistacza się praktycznie w teatr jednego aktora i zaczyna pochłaniać coraz bardziej mą uwagę.

„It’s evil fucking room” – jak określił pokój 1408 szef hotelu. I faktycznie, przekonuje się o tym jego nowy lokator. Atmosfera jest coraz lepsza, początkowo niewinne sceny straszenia z biegiem czasu przeistaczają się w horror z prawdziwego zdarzenia. Reżyser z każdą minutą kreuje obraz wbijający widza w fotel. Dawno nie poczułem takiego dreszczu podczas oglądania filmu, co w tym gatunku jest zdecydowanie pożądane. Dlatego po seansie, mimo wszystkich swoich mankamentów, obraz zostawia po sobie pozytywne wrażenie.

A widocznych wad przecież mu nie brakuje. Fabuła jest prosta jak konstrukcja cepa, do tego gra aktorska (oprócz przyzwoitego Cusacka) nie stoi na najwyższym poziomie. Nawet Jackson, który przecież jest całkiem niezłym aktorem, nie wychodzi ponad przeciętność. Gdy trwała scena rozmowy między postacią graną przez niego i głównym bohaterem, przez głowę przemknęło mi zdanie „I have had it with these mothafucking corpses on this mothafucking room”, parafrazując najbardziej znany cytat z „Węży w samolocie”. Całkiem na siłę wciśnięta wydaje się postać agenta Enslina. Postaci Tony’ego Shalhouba równie dobrze wcale mogłoby w tym filmie nie być. Na szczęście wszystkie role drugoplanowe są tutaj wielce ograniczone, dzięki czemu ostatecznie nie przeszkadzają. Efekty oraz montaż także nie wybijają się powyżej średniej. Po prostu – współczesne kino przyzwyczaiło nas do takich zabiegów na tyle, że na nikim już nie robią wrażenia.

Wszystkie błędy jednak bledną przy ostatecznym rozrachunku zalet i wad. Świetny klimat zdecydowanie przeważa wszelkie niedociągnięcia techniczne, za co należy się pochwała reżyserowi. Ciekawostką jest, że film ma dwa zakończenia. Ja widziałem wersję „mroczniejszą”, bez happy endu (by nie zdradzać więcej fabuły), co moim zdaniem uratowało ten obraz, gdyż gdyby wszystko się skończyło szczęśliwie (co podobno ma miejsce w drugiej wersji) cała magia by prysła. Otrzymujemy więc ekranizację powieści Kinga, która autentycznie straszy i wybija się ponad przeciętność w swoim gatunku, serwowaną nam przez Hollywood w postaci dziesiątek zabawnych slasherów lub schematycznych survival horrorów.

Ocena: 7/10

Na deser jeszcze trailer filmu:


Niedługo recenzja kolejnych dwóch filmów: "I now pronounce you Chuck and Larry" oraz "Stranger than fiction".
Ale to dopiero jak będę miał chwilę czasu ;)

piątek, 14 grudnia 2007

Notka inauguracyjna

Będzie krótko, bo i o czym pisać na wstępie oprócz zachęcenia do dalszych odwiedzin?

Jak wiadomo - początki są najtrudniejsze, a co za tym idzie chwilę zajmie mi wyrobienie zamierzonego stylu oraz uzyskanie odpowiedniej formuły. Z czasem jednak powinno być coraz lepiej.

W tym miejscu poruszać będę interesujące mnie tematy z różnych dziedzin, więc nie chcę kategoryzować tego blogu pod kątem konkretnego zagadnienia, np. blog o filmach, sporcie etc. Ma to być miejsce, w którym uda mi się przedstawić własny punkt widzenia, także możecie spodziewać się recenzji filmów, komentarzy politycznych czy też subiektywnych rankingów. A i to pewnie nie wszystko, bo sam nie wiem, czym zechcę w przyszłości się podzielić.

W związku z tym owy blog powstał raczej z myślą o moich znajomych aniżeli osobach postronnych. Chyba, że kogoś faktycznie zainteresuje to, co mam do powiedzenia, lub też interesuje się tym co ja. W przeciwnym razie jednak na próżno szukać tutaj będzie konkretnych informacji dotyczących filmu, muzyki, książki, sportu czy polityki.

Zapraszam wszystkich zainteresowanych do subskrypcji, już niedługo pojawią się pierwsze merytoryczne wpisy.