Dawno nie napisałem żadnej notki. Nie było to jednak wbrew pozorom spowodowane lenistwem, a zwykłym brakiem czasu. Dwa ostatnie dni spędziłem na zmianę w pociągu i autokarze, więc do komputera miałem ograniczony dostęp, natomiast wcześniej albo byłem na zajęciach (taa), albo (heh) oglądałem filmy ;). Tym samym narobiło się trochę zaległości w ich opisywaniu. Szczerze – nie chce mi się ich recenzować, gdyż zdecydowanie za dużo tytułów widziałem, a także – bo po prostu dłuższego tekstu wart jest może jeden, góra dwa z nich. Podzieliłem więc na kategorie „Warto” i „Nie warto”, których nazwy mówią same za siebie ;).
Nie warto:
Pracownik miesiąca (Employee of the Month)
To jest zły film. Bardzo zły. Nie dość, że nie śmieszny (chociaż komedia) to jeszcze fatalnie zagrany, nudny, bohaterowie irytujący, a przede wszystkim przeraźliwie głupi (film, nie bohaterowie; chociaż…). Jeżeli twórcy myśleli, że umieszczenie akcji w hipermarkecie, dodanie do obsady wziętego komika i atrakcyjnej gwiazdki muzyki pop pozwoli zrealizować udany film pomimo słabego scenariusza, to przeliczyli się lub są po prostu idiotami.
Ocena: 2/10 (mimo wszystko film ten nie sięgnął kompletnego dna)
Licencja na miłość (License to Wed)
Komedyjka romantyczna jakich wiele. Schematyczna, sztampowa, nudna, ani trochę zabawna. Dziwię się, że całkiem niezły aktor, jakim jest Robin Williams, zgodził się w nim zagrać. Chociaż – ostatnio jakoś większość jego filmów nie jest najwyższych lotów. Mimo wszystko + za jego rolę, + za ładnie wyglądającą, chociaż beznadziejnie grającą Mandy Moore i +, że mimo wszystko to lepszy film od „Pracownika miesiąca”.
Ocena: 3/10
Dreamgirls
To może być dla niektórych zaskoczenie, że film tak pozytywnie przyjęty przez widownię na całym świecie, z obsypanymi nagrodami piosenkami i znaną obsadą, znalazł się u mnie w tej sekcji. Cóż poradzę, że dla mnie jest po prostu słaby? Zupełnie nie wytrzymuje konkurencji innych współczesnych musicali, chociażby świetnego „Moulin Rouge”.
Fabuła jest kiepska, piosenki w stylu R’n’B na początku są dużym plusem, z czasem męczą coraz bardziej, aż pod koniec głowa od nich pęka, natomiast gra aktorska w najlepszym wypadku przyzwoita (Eddie Murphy). Do tego w roli głównej kolejna w tym zestawieniu gwiazdeczka pop (po Simpson i Moore), czyli Beyonce Knowles, której gra (jak i ww.) opiera się na ładnym wyglądzie + w tym przypadku śpiewaniu. Zastanawiające, że w każdym z trzech najgorszych filmów tego rankingu gra jakaś piosenkarka – najwyraźniej jestem uprzedzony do nich ;)
Ocena: 3/10
Evan Wszechmogący (Evan Almighty)
W 2003 roku do kin weszła bardzo fajna komedia z Jimem Careyem i Jennifer Aniston, czyli „Bruce Wszechmogący”. Ten film był trampoliną do sławy dla Steve Carella, który brawurowo zagrał drugoplanową postać Evana Baxtera, rywala tytułowego bohatera. Wziął on udział nawet w najlepszej scenie tego filmu, która moim zdaniem już zaraz po premierze przeszła do klasyki komedii. Kto oglądał ten wie o czym piszę.
Wracając do tematu – zastanawiam czy bardziej było można spieprzyć sequel tak dobrego filmu? Bruce był śmieszny, Evan – nie. Jim Carrey w roli głównej wypadł wyśmienicie, Carell wręcz przeciwnie. I najważniejsza zmiana – z komedii zrodził się film familijny. Do tego ta cała moralizatorska otoczka dotycząca dbania o środowisko i parki narodowe (swoją drogą akcję można by równie dobrze z tym samym scenariuszem osadzić chociażby w dolinie Rospudy). I tylko Morgan Freeman ciągle ten sam.
Ocena: 3/10
Idiokracja (Idiocracy)
Jest sobie rodzeństwo Wilsonów. Luke, Owen i ten trzeci, którego i tak nikt nie zna. Biorąc się za obejrzenie amerykańskiej komedii, ma się bardzo dużą szansę, że na któregoś z nich się trafi, gdyż w tym gatunku po prostu królują.
W „Idiokracji” otrzymujemy zatem Wilsona Najmłodszego, sporą dozę dowcipów i ciężarówkę ironii. Wojak Wilson zostaje w ramach eksperymentu militarnego poddany hibernacji. Coś idzie nie tak i zamiast po roku budzi się 500 lat później. Hmm, skąd ja to znam? Nieważne. Z trwogą zauważa, że ludzkość zidiociała i przemieniła się w kompletnych niedorozwojów.
Film dotyka ważnego tematu upadku wartości we współczesnych społeczeństwach zachodu, gdzie ludzi karmi się tanią rozrywką, edukacja przestaje być walorem a korporacje w imieniu własnych interesów mówią nam co jest dobre, a co nie. Jest ironią na kondycję społeczeństwa konsumpcyjnego, krytykuje powszechną mcdonaldyzację życia oraz zaniedbanie kultury wyższej. Wszystko to brzmi dosyć zachęcająco, nieprawdaż?
Zgodziłbym się z tym, aczkolwiek w pewnym momencie film zaczyna być… kiczowaty. Żarty są kiepskie, scenariusz ma zdecydowane braki, a strona techniczna jest niedopracowana. Potencjał był ogromny, mógł to być film ważny dla naszego pokolenia i poruszający istotne kwestie dla nas i naszej przyszłości. Ostatecznie otrzymaliśmy kolejną Wilsonkomedię z żartami mniej lub bardziej zabawnymi, a cała ironia i pastisz gdzieś zanikły.
Ocena: 4/10
Zgon na pogrzebie (Death at a Funeral)
Brytyjska czarna komedia w reżyserii Muppetmastera Franka Oza. Jest sobie pewna rodzinka, której przychodzi spotkać się na pogrzebie krewnego. I tam też dzieją się różne wydarzenia, które nie pozwalają tej ceremonii nazwać normalną.
Chociaż uwielbiam kino brytyjskie, tak tym razem film nie przypadł mi do gustu. Za dużo w nim „American Pie”, za mało „Monty Pythona”. Nastawiony byłem na angielski humor z wyższej półki, a zobaczyłem kawały z fekaliami wujka na ręku i lataniem nago po dachu. Nie fajnie.
Ocena: 4/10
Strzelec (Shooter)
Tak zachwalano mi ten film, ochy i achy były wszechobecne, że niby w końcu dobra sensacja, że świetny Wahlberg , że super fabuła itpp. (i tym podobne pierdoły). A „Strzelec” to co najwyżej podrasowane odrobinę filmy z Segalem z domieszką Johna Rambo. Głupia fabuła, głupie niektóre sceny i średni film, chociaż nieźle zrealizowany, z fajnymi sekwencjami strzałów snajperskich. Zobaczyć można, ale jak się nie ma nic innego do roboty i za wielkich oczekiwań.
Ocena: 5/10
Niepokój (Disturbia)
Sam nie wiem, czy oglądałem komedię młodzieżową czy też thriller psychologiczny. W tym filmie jest wszystko – a jak wszystkiego po trochę, to i nic porządnego z tego nie wyjdzie. Teraz też się nie udało, chociaż twórcy starali się jak mogli, garściami czerpiąc z kultowego „Okna na podwórze” Hitchcocka. Muszę jednak przyznać, że początkowa scena wypadku jest świetna, do tego Shia LaBeouf gra naprawdę imponująco, a Sarah Roemer jest bardzo atrakcyjna, przy czym nawet jakoś tam daje radę aktorsko! Ale nie zmienia to faktu, że film jest taki sobie.
Ocena: 5/10
Dobry Agent (The Good Shepherd)
Być może to jest dobry film, bądź co najmniej lepszy niż ocena, którą mu wystawiłem. Możliwe, że negatywne wrażenie zostało wywarte przez warunki, w których go widziałem (jadąc pociągiem relacji Warszawa – Słupsk, korzystając z konsoli Sony PSP). Na chwilę obecną nie mam jednak ochoty oglądać go drugi raz by skonfrontować swój wcześniejszy pogląd z wrażeniami po seansie w normalnych warunkach.
Ciągnął się jak flaki z olejem. Blisko trzy godziny bez krzty akcji, ze scenami dopieszczonymi tak dokładnie, że chyba każde mrugnięcie było w nich wcześniej zaplanowane. Nie mogę powiedzieć, że to film zły – na dobrą sprawę w nim jest wszystko na bardzo wysokim poziomie, od aktorstwa i reżyserii po scenografię i montaż. Ale męczył, oj męczył strasznie. Dlatego tak nisko.
Ocena: 5/10
Warto:
Big Nothing
Pierwszy film w tym zestawieniu, który mogę z czystym sumieniem polecić. Czarna komedia z fajnie zarysowanymi charakterami postaci, interesującą intrygą i serią wypadków, mniej lub bardziej makabrycznych.
W rolach głównych David Schwimmer (czyli Ross z „Przyjaciół”) i Simon Pegg (tak, ten od „Hot Fuzz” i „Shaun of the Dead”) sprawdzają się nieźle. Sama fabuła nawiązuje do filmów Guya Ritchiego, wciąga i śmieszy. Arcydziełem ten film nie jest, ale obejrzeć jak najbardziej warto – dobra zabawa gwarantowana.
Ocena: 6/10
Słaby Punkt (Fracture)
Już dosyć dawno temu oglądałem film „Find Me Guilty” z Vinem Dieslem w roli głównej. Od tamtego czasu bardzo polubiłem dramaty sądowe, więc na „Słaby punkt”, który zbierał świetne recenzje, czekałem z niecierpliwością. Do tego obsada rewelacyjna, bo Hopkins i Gosling to ekstraklasa aktorska. I nie zawiodłem się, chociaż film nie był aż tak rewelacyjny jak oczekiwałem. Mimo wszystko fabuła wciągająca, nastrój napięcia się udzielił i dwie godzinki upłynęły bardzo szybko.
Ocena: 7/10
Dobry rok (A Good Year)
Był wtorkowy wieczór, jak zwykle nie miałem nic do roboty, w środę zajęcia zaczynam dopiero po południu, więc jest czas by się wyspać jednocześnie siedząc do późnej nocy. Co więc miałem robić? Film1, pizza, film2, film3, prysznic, spać ;)
Pierwszy w kolejce – właśnie „Dobry rok”. Wstyd się przyznać, ale pojęcia nie miałem o tym filmie – kto w nim gra, kto jest reżyserem, czego dotyczy fabuła. W dobie Internetu jest to rzadkość, wręcz przywilej, gdyż element zaskoczenia wpływa niebagatelnie na odbiór obrazu. Gdybym znał wcześniej opis, przeczytał recenzję czy zainteresował się komentarzami – nie wiem, czy bym w ogóle sięgnął po niego. A tak zacząłem oglądać i myślę: „O, Albert Finney, fajnie”, „Russel Crowe?!?”, „Haha, to chyba komedia”, „Jakie ładne zdjęcia i scenografia, uuu”, „Tę pannę skądś znam, kto to jest? Hmm” (chodziło o Marion Cotillard) i tym podobne. I tak przez cały film – podobało mi się to, podobało tamto, cieszyłem się z ciepłej atmosfery i pozytywnego nastroju w tym filmie. Skończył się i oglądam listę płac, a tam „Directed by Ridley Scott” – WTF!?! Nie mogłem uwierzyć, ale to plus dla Ridleya, bo udało mu się mnie zadziwić ;).
Ocena: 8/10
As w rękawie (Smokin’ Aces)
I na koniec – „Smokin’ Aces” o głupim polskim tytule, którego używać nie będę, bo jest kiepski ;). Czego by domorośli krytycy (ironizuję jakbym sam takim nie był) nie napisali, to jest kawał dobrego, męskiego kina. Reżyser nawiązuje do dorobku zarówno Tarantino, Quentina z resztą jak i Guya Madonny. I mu to cholernie wychodzi! Nie osiąga poziomu pierwowzorów, ale mimo to cały czas film jest super. Świetnie zarysowane postacie seryjnych zabójców, każdy o całkiem innych atrybutach, fabuła prosta ale inteligentnie rozwijana, sporo humoru i zabawnych sytuacji. Przede wszystkim jednak – rozwałka, rozróby i pełno przemocy. Uwielbiam to ;)
Ocena: 8/10