sobota, 15 grudnia 2007

1408

Lubię prozę Stephena Kinga, trochę mniej ekranizacje jego powieści. A na ekran przenosi się chyba każdą jego książkę, jak nie wszystkie to przynajmniej 90% z nich. Tym samym, obok bardzo udanych „Skazanych na Shawshank”, „Misery” czy „Zielonej Mili”, otrzymujemy stos filmów, których tytuły lepiej zapomnieć jak najprędzej. W związku z tym od „1408” Mikaela Hafstroma nie oczekiwałem zbyt wiele – ot, przyzwoicie zrealizowanego wcale-nie-strasznego dreszczowca.

Korzystając z wolnego, piątkowego wieczoru postanowiłem odbyć długo odkładany seans. Do tego miałem niezmierną ochotę pochłonąć jakiś nowy film, gdyż od pewnego czasu każdą wolną chwilę spędzałem nad serialem „Dexter” i tę dziedzinę odrobinę zaniedbywałem.

Przed filmem rzut okiem na obsadę – trochę zapomniany John Cusack w głównej roli Mike’a Enslina, pisarza specjalizującego się w przewodnikach po „nawiedzonych” miejscach. Do tego bardzo ceniony przeze mnie Samuel L. Jackson jako Gerald Olin, kierownik nowojorskiego hotelu i znany z roli detektywa Monka - Tony Shalhoub. No dobra – nie jest źle. Czas zacząć oglądać.

Film na początku zapowiada się na nieciekawy i nudny. Zapoznajemy się z główną postacią, wypalonym pisarzem specjalizującym się w demaskowaniu nawiedzonych miejsc, za którym ciągnie się widmo pierwszej, zupełnie innej od pozostałych, książki. Akcja rozpędza się w momencie przyjazdu Enslina do hotelu „Dolphin” w Nowym Jorku i dialogu między nim a kierownikiem przybytku – Geraldem Olinem. W tym momencie film przeistacza się praktycznie w teatr jednego aktora i zaczyna pochłaniać coraz bardziej mą uwagę.

„It’s evil fucking room” – jak określił pokój 1408 szef hotelu. I faktycznie, przekonuje się o tym jego nowy lokator. Atmosfera jest coraz lepsza, początkowo niewinne sceny straszenia z biegiem czasu przeistaczają się w horror z prawdziwego zdarzenia. Reżyser z każdą minutą kreuje obraz wbijający widza w fotel. Dawno nie poczułem takiego dreszczu podczas oglądania filmu, co w tym gatunku jest zdecydowanie pożądane. Dlatego po seansie, mimo wszystkich swoich mankamentów, obraz zostawia po sobie pozytywne wrażenie.

A widocznych wad przecież mu nie brakuje. Fabuła jest prosta jak konstrukcja cepa, do tego gra aktorska (oprócz przyzwoitego Cusacka) nie stoi na najwyższym poziomie. Nawet Jackson, który przecież jest całkiem niezłym aktorem, nie wychodzi ponad przeciętność. Gdy trwała scena rozmowy między postacią graną przez niego i głównym bohaterem, przez głowę przemknęło mi zdanie „I have had it with these mothafucking corpses on this mothafucking room”, parafrazując najbardziej znany cytat z „Węży w samolocie”. Całkiem na siłę wciśnięta wydaje się postać agenta Enslina. Postaci Tony’ego Shalhouba równie dobrze wcale mogłoby w tym filmie nie być. Na szczęście wszystkie role drugoplanowe są tutaj wielce ograniczone, dzięki czemu ostatecznie nie przeszkadzają. Efekty oraz montaż także nie wybijają się powyżej średniej. Po prostu – współczesne kino przyzwyczaiło nas do takich zabiegów na tyle, że na nikim już nie robią wrażenia.

Wszystkie błędy jednak bledną przy ostatecznym rozrachunku zalet i wad. Świetny klimat zdecydowanie przeważa wszelkie niedociągnięcia techniczne, za co należy się pochwała reżyserowi. Ciekawostką jest, że film ma dwa zakończenia. Ja widziałem wersję „mroczniejszą”, bez happy endu (by nie zdradzać więcej fabuły), co moim zdaniem uratowało ten obraz, gdyż gdyby wszystko się skończyło szczęśliwie (co podobno ma miejsce w drugiej wersji) cała magia by prysła. Otrzymujemy więc ekranizację powieści Kinga, która autentycznie straszy i wybija się ponad przeciętność w swoim gatunku, serwowaną nam przez Hollywood w postaci dziesiątek zabawnych slasherów lub schematycznych survival horrorów.

Ocena: 7/10

Na deser jeszcze trailer filmu:


Niedługo recenzja kolejnych dwóch filmów: "I now pronounce you Chuck and Larry" oraz "Stranger than fiction".
Ale to dopiero jak będę miał chwilę czasu ;)

1 komentarz:

Unknown pisze...

Super film! Inny niz wszystkie. W koncu cos nowego :)