niedziela, 16 grudnia 2007

Chuck, Larry i Harold Crick

Nadrabiam zaległe filmy, na które wcześniej nie miałem czasu. Nazbierało się tego trochę, wszystkich recenzować nie będę, jednak te dwa akurat opisać warto. Z różnych powodów – bo było o nich dosyć głośno, gdy wyświetlano je w kinach, a także – bo po prostu tak mi się podoba. Nie mam za bardzo ochoty się rozpisywać, więc będzie krótko i zwięźle.

Państwo młodzi: Chuck i Larry (I Now Pronounce You Chuck and Larry)

Kolejna komedyjka z Adamem Sandlerem w roli głównej. Sam nie wiem czemu, ale nie przepadam za nim, podobnie jak za Benem Stillerem i Robem Schneiderem („Rob Schneider is… a stapler!” ;) ). Kojarzą mi się głównie ze słabymi filmami, które ciężko od siebie odróżnić. Dlatego też dużo czasu zajęło mi, by przemóc się do tej produkcji, w której występuje aż dwóch z nich (istna apokalipsa, kolejny raz).

Możemy zapoznać się więc z historią dwóch najlepszych przyjaciół, strażaków z NY. Jeden z nich, Larry (w tej roli Kevin James znany z sitcomu „Diabli nadali”), ma problemy z ustaleniem spadkobierców na wypadek jego śmierci. Jest wdowcem z dwójką dzieci, wiedzie ustatkowane życie, nie potrafi jednak zapomnieć o zmarłej żonie i ponownie zacząć się z kimś spotykać. By mieć pewność, że w przypadku nieszczęśliwego wypadku jego potomstwo nie pozostanie same, proponuje jedynej osobie, której może zaufać, czyli Chuckowi, wejście w udawany związek homoseksualny. I tak nakręca się cała machina – wokół węszą się wścibscy urzędnicy (Steve Buscemi), ponętna pani prawnik (Jessica Biel) zaprzyjaźnia się z Chuckiem, a w pracy znajomi przestają ich tolerować. Wszystko oczywiście kończy się dobrze, bo jak inaczej miało to wyglądać?

W oczy razi bardzo słaby scenariusz. Intryga sprawia wrażenie uknutej na siłę, bez pomysłu. Zachowanie postaci wydaje się sztuczne i nielogiczne, gdyż już sam powód zawarcia związku małżeńskiego między dwoma przyjaciółmi jest niezrozumiały. Do tego wszystko odbywa się w bardzo grzecznej atmosferze, a na koniec poprawność polityczna wręcz irytuje swą pompatycznością.

Film miał potencjał, zdarzają się naprawdę śmieszne gagi, głównie sytuacyjne. Są to jednak tylko przebłyski, po których znowu film siada i zaczyna wręcz nudzić bądź atakować widza jakąś głupotą (kogo jeszcze śmieszy Rob Schneider przebrany za cokolwiek, w tym przypadku Azjatę?). Szkoda zmarnowanego pomysłu, bo mogło być zdecydowanie lepiej.

Ocena: 4/10

Przypadek Harolda Cricka (Stranger Than Fiction)

Film, który miał premierę już ponad rok temu, chociaż ja dopiero niedawno miałem okazję go zobaczyć. I nie żałuję, a raczej żałuję, że tak późno.

Kojarzycie Marca Forstera? To reżyser całkiem niezłych filmów, czyli „Marzyciela” i „Czekając na wyrok” a także nadchodzącego Bonda dwudziestego drugiego. A Charlie Kaufmana? Ten z kolei napisał scenariusze do „Zakochanego bez pamięci”, „Adaptacji” czy „Być jak John Malkovich”. Ale chwila, chwila – Kaufman z tym filmem nie ma nic wspólnego! No właśnie…

Za scenariusz odpowiada świeżak w tej branży, czyli Zach Helm. Jest to dopiero drugi tekst jego autorstwa, a nawiązuje już poziomem i (przede wszystkim) stylem do wyżej wymienionego Kaufmana. To bez wątpienia komplement, gdyż komediodramat nie jest najłatwiejszym gatunkiem, natomiast autor „Adaptacji” jest jednym z jego najwybitniejszych przedstawicieli.

Pisząc tę recenzję zauważyłem, że nieumyślnie powielam tezy postawione przez Quentina na jego blogu. Cóż poradzę, że miałem podobne odczucia. Dlatego resztę tekstu skrócę do minimum, by nie być posądzonym o plagiat, czy też wzorowanie się na kimś innym ;)

Harold Crick jest pracownikiem urzędu skarbowego. Jego życie jest niesamowicie nudne, a on sam jest nieszczęśliwy i samotny. I tak od dwunastu lat. Wszystko zmienia się w momencie, gdy zaczyna słyszeć tajemniczy głos kobiety, która z czystym brytyjskim akcentem opowiada o nim, jego czynnościach i uczuciach. Po pomoc udaje się do literaturoznawcy i razem próbują rozstrzygnąć zagadkę. Po drodze się zakochuje i bierze udział w wielu irracjonalnych zdarzeniach.

W roli głównej Will Ferrell, który kojarzy się raczej z komediami głupimi do cna. Tym razem jednak obsadzono go w roli ambitniejszej i przypuszczam, że może to być jego odskocznia do ekstraklasy aktorskiej, tak jak „Truman Show” był dla Jima Carreya. Wspiera go Dustin Hoffman, ładniejsza z rodzeństwa Gyllenhaalów, Emma Thompson i Queen Latifah – doprawdy gwiazdorska obsada, nieprawdaż? ;)

„Przypadek Harolda Cricka” nie jest do końca komedią. Nie ma momentów, w których można zaśmiać się w niebogłosy trzymając się za brzuch. Ma natomiast bardzo fajny klimat, z głównym bohaterem widz sympatyzuje i kibicuje mu podczas próby odmiany swojego dotychczasowego życia. Nie jest to również obraz idealny, aczkolwiek w moje gusta trafia skutecznie.

Ocena: 8/10

Brak komentarzy: