czwartek, 10 stycznia 2008

Miesiąc filmowy: Grudzień 2007

Sporo filmów, które w grudniu miałem okazję zobaczyć już tutaj opisywałem. Skupię się więc na pozostałych produkcjach.

Gosford Park [2001]

Jeden z ostatnich filmów mistrza reżyserii, zmarłego 1,5 roku temu Roberta Altmana. Nie ukrywam, że jest on jednym z moich ulubionych „wielkich” kina, gdyż jego filmy mnie do siebie przekonują zdecydowanie bardziej niż chociażby Antonioniego.

Obraz przedstawia historię zjazdu rodzinnego w posiadłości pewnego zamożnego dżentelmena, sir Williama McCordle`a (Michael Gambon). Dokładnie ukazane relacje, które zachodzą w środowisku zblazowanych elit i służby tychże, a także ich wzajemne powiązania i kontakty. W trakcie przyjęcia dokonane zostaje morderstwo i na miejsce zostaje przysłany sztab policji. Dla Altmana nie jest jednak najważniejsze by ukazać, kto stoi za zbrodnią, ale jak też reagują na nie przedstawiciele odmiennych klas społecznych.

W „Gosford Park” obserwujemy bardzo powolną akcję, na pierwszy rzut oka całkowicie nużącą. Jest to jednak bardzo pochopne, gdyż film składa się z szeregu wątków pobocznych, które ostatecznie nakładają się na siebie i zazębiają. Do tego niewielkie tempo opowieści pozwala wznieść się na wyżyny aktorstwa zarówno starszym i uznanym osobom, chociażby Michaelowi Gambonowi i Maggie Smith, a także młodszemu pokoleniu, czyli Ryanowi Philippe`owi, Clive`owi Owenowi i Emily Watson. Altman jednak kręcił mimo wszystko lepsze filmy, ten nie jest arcydziełem, aczkolwiek poniżej pewnego, wysokiego poziomu nie zszedł nigdy.

Ocena: 8/10

Hitman [2007]

Nie widziałem jeszcze dobrego filmu, który byłby ekranizacją gry. Do tego typu produkcji reżyserzy mają niestety pecha, chociaż materiał, jakim była gra „Hitman” jest wyśmienity.

Xavier Gens przedstawił więc widzom poprawny film akcji opowiadający o super zabójcy, niemożliwym do schwytania i zabicia. Niestety, ale Agent 47 (w tej roli drewniany Timothy Olyphant) okazał się Jasonem Bourn`em „dla ubogich”. Ładnie natomiast prezentowała się Olga Kurylenko, szkoda tylko, że scenarzystom zabrakło zupełnie pomysłu na jej postać i przez cały film wydawała się wciśnięta do niego na siłę. Do tego należy dołożyć wręcz idiotyczne dialogi i produkcja, która mogła być sukcesem okazuje się ładnie opakowanym gniotem. Mimo wszystko…

Ocena: 4/10

Beowulf [2007]

Robert Zemeckis był kiedyś reżyserem, dla którego efekty specjalne były jedynie dodatkiem do fabuły (przecież znikąd nie wziął się wybitny „Forrest Gump” czy genialna trylogia przygodowa „Powrót do przyszłości”). Od pewnego czasu można jednak zauważyć, że ogarnęło go istne szaleństwo na punkcie CGI i możliwości animacji komputerowej. O ile „Ekspres Polarny” można było obejrzeć, nie mając większych zastrzeżeń, jako film-bajkę typowo świąteczną i w takim celu nakręconą, to już „Beowulf” pozytywnego wrażenia pod kątem historii nie robi. Ok., to adaptacja starego jak świat eposu i nic więcej nie można było ugrać, ale… Ale ten film to w dalszym ciągu jest jeden wielki efekt specjalny. Bardzo żałuję, że tak krytykuję fabułę filmu, którego scenarzystami byli niezapomniany twórca „Pulp Fiction” Roger Avary i jeden z moich ulubionych powieściopisarzy Neil Gaiman, nie mogę jednak pozostać obojętny, gdy widzę kiepski film. Zastanawiam się wręcz, po co było zatrudniać tylu znanych aktorów, skoro i tak czasami ciężko ich poznać.

Mimo wszystko film pod kątem wizualnym robi piorunujące wrażenie. Oglądałem go w IMAXie i chyba dlatego wystawiam tak wysoką notę, gdyż przypuszczam, że na zwykłym ekranie byłoby gorzej z odbiorem tego typu obrazu.

Ocena: 6/10

Transformers [2007]

O tym filmie pisano już wiele recenzji. Był to bez wątpienia hit wakacyjny przynoszący kupę kasy potrzebującym rozrywki widzom. I fakt – właśnie rozrywkę dostarcza w najczystszej postaci. Zgadzam się, że Michael Bay robi jedynie pozbawione sensu i polotu widowiska przeładowane efektami. Ale do cholery, jakie widowiska! „Transformers” zachwycają efektami, posiadają odpowiednią dawkę humoru i są na tyle lekkie, że bez problemu na czas seansu można wyłączyć myślenie delektując się doznaniami audiowizualnymi. Także wyłączając myślenie: Mur mówić „Transformers” podobać się mu. I gratis dla wielbicieli Baya:

Ocena: 7/10

Grindhouse vol. 1: Death Proof [2007]

Tym razem będę bardzo nieobiektywny jako olbrzymi fan twórczości Quentina Tarantino, niepotrafiący w dodatku spojrzeć krytycznie na jego dokonania. Wszem i owszem ( ;) ) ogłaszam, że film ten jest re-we-la-cy-jny! Świetne dialogi (co charakterystyczne dla QT), rewelacyjna gra aktorska (Kurt Russel rządzi!), piękne kobiety (lap dance Vanessy Ferlito rozkłada na łopatki) i przede wszystkim klimat to jest to, co Murqi lubią najbardziej ;).

No dobra, nie jest to może „Pulp Fiction” czy „Wściekłe Psy”, ale i tak fav+1.

Ocena: 9/10

Grindhouse vol. 2: Planet Terror [2007]

Aż takim wielbicielem Rodrigueza jak Tarantino to nie jestem, ale i tak film ten mi się bardzo podobał. Brakowało mi jednak czegoś, ale dokładnie czego ciężko mi sprecyzować. Niezwykle trudno recenzować film, który z założenia ma nawiązywać do kina niskiej jakości i niewysokich lotów, dlatego raczej nie podejmę się tego zadania.

Samo odniesienia do filmów grindhouse udało się w 100% - obraz pogorszony cyfrowo faktycznie robi wrażenie, historia i postacie są dobrze dopasowane do klimatu. Subiektywnie jednak nie robi takiego wrażenia jak wcześniej opisany „Death Proof”. Ciągle jest jednak bardzo dobry:

Ocena: 8/10

Tort ze śniegu (Snow Cake) [2006]

Alex Hughes (Alan Rickman) wyszedł właśnie z więzienia i podróżuje przez Stany Zjednoczone. Po drodze zabiera autostopowiczkę, z którą mimo początkowej niechęci zaczyna dogadywać się coraz lepiej. Niestety, biorą udział w wypadku, w którym jego towarzyszka ginie a on sam z powodu poczucia winy postanawia odwiedzić jej chorą na autyzm matkę (Sigourney Weaver).

Obraz ma niesamowicie ciepłą atmosferę oraz pozytywne przesłanie. Zaskoczyła mnie genialna gra aktorska Weaver, gdyż poziomu zaprezentowanego przez Rickmana się po prostu spodziewałem. Historia jest dopracowana w każdym szczególe, gdyby tylko scena wypadku nie była tak schematyczna… Bez wątpienia film warty zobaczenia.

Ocena: 8/10

Halloween [2007]

Ze wstydem muszę przyznać, że nie widziałem żadnej dotychczasowej części „Halloween”, nawet oryginału Carpentera. Nie jestem wielkim fanem slasherów, dlatego nie ciągnęło mnie do tego obrazu. Zobaczyłem go tak od niechcenia i jestem skłonny go jak najszybciej zapomnieć.

Film jest tak bardzo RobZombiowy jak tylko może być. Praca kamery, kolorystyka, wygląd postaci. I nie uważam tego za atut, gdyż żaden film tego pana mnie nie zachwycił. Podoba mi się przeczytane gdzieś określenie, że nie jest on reżyserem a zwykłym pasjonatem, z czym zgadzam się w 100%. Więcej o tym filmie pisać mi się nie chce – punkciki dodatnie jedynie za kilka smaczków w postaci Udo Kiera czy Malcolma McDowella.

Ocena: 3/10

Reaktywacja

Dawno, a nawet bardzo dawno nie zamieściłem tutaj żadnej notki. Złożyło się na to kilka spraw, przede wszystkim brak czasu, następnie brak ochoty i po trzecie - zacząłem oglądać serial "House M.D.", czyli taki "E.R." po upgradzie. W międzyczasie podjąłem kilka decyzji odnośnie przyszłości bloga.


W przeciwieństwie do tego, co pisałem w notce inauguracyjnej nie zamierzam zamieszczać tutaj komentarzy politycznych, gdyż ostatnimi czasy bardzo mnie nuży ta dziedzina i nie jestem w stanie dodać nic ponadto, co można znaleźć u Janiny Paradowskiej, Daniela Passenta czy innych znakomitości na ich blogach. Nie znajdziecie tutaj również tekstów sportowych, gdyż energię na tę dziedzinę pochłaniają mi i tak długie rozmowy ze znajomymi zainteresowanymi w temacie koszykówki. A przypuszczam, że nikogo oprócz nich by nie interesowało co mam do powiedzenia, gdyż i tak można to przeczytać na www.czarni.slupsk.pl.

W związku z tym blog ten będzie poświęcony w całości kinematografii i zagadnieniom pochodnym. Od dzisiaj więc wiecie czego dokładnie tutaj szukać. Może od czasu do czasu coś innego podrzucę, ale nieczęsto zapewne.

Zauważyłem również, że oglądam zdecydowanie za dużo filmów by sprostać zadaniu zrecenzowania ich wszystkich. Dlatego dłuższe teksty poświęcę jedynie nowszym produkcjom, które ciągle mogą kogoś zainteresować i sprowokować do odwiedzenia kina. Pozostałe oglądane przeze mnie filmy będę podsumowywał raz na miesiąc w odpowiednim wpisie, gdyż nie widzę sensu w n-tym recenzowaniu obrazów kilku, kilkunasto czy kilkudziesięcioletnich. To tak, jakby ktoś chciał opisać wygląd Mony Lisy po swojej pierwszej wizycie w Luwrze, chociaż wszyscy i tak ją już widzieli, jak nie na żywo to w reprodukcjach.

Przedstawiam zatem listę recenzji, które w przeciągu kilku dni pojawią się na moim blogu:

  1. Skarb Narodów: Księga Tajemnic (National Treasure: Book of Secrets)
  2. Królewstwo (The Kingdom)
  3. War
  4. Good Luck Chuck
  5. American Pie 6: Dom Beta (American Pie 6: Beta House)
  6. Jestem Legendą (I am Legend)

Póki co to na tyle, następna notka natomiast będzie zawierała podsumowanie filmów widzianych w grudniu a nie opisanych przeze mnie.

środa, 2 stycznia 2008

Hurtowni część pierwsza: Komediowo

W ostatni dzień roku poprzedniego obiecałem długą, hurtową recenzję filmów, które widziałem w okresie świątecznym. No tak, ale wstając 1 stycznia 2008 roku przypomniałem sobie przesąd, że jak spędzisz ten dzień to taki będzie cały nowy rok. Długo się nie namyślając wprowadziłem w życie podstawową zasadę dla każdego lenia – co masz zrobić dzisiaj, zrób jutro i dzięki temu będziesz miał kolejny dzień wolnego. Życzę sobie, aby ten rok właśnie taki był ;)

Wracam do sprawy zasadniczej, czyli recenzji filmów. Teraz pod lupę wezmę komedie, gdyż głównie takie lekkie filmidła wybierałem. I do tej pory zastanawiam się – czemu? Czemu po kolejnym gniocie sięgałem po następny, jeszcze gorszy? Już to chyba wiem, ale o tym w dalszej części tekstu.

Niestety, moje wrażenia dotyczące kondycji umysłowej scenarzystów amerykańskich i ich poczucia humoru są wielce negatywne. Oglądałem chyba każdy możliwy rodzaj komedii – od niezależnej, przez romantyczną po sportową i stwierdzam, że filmy te można podzielić na kategorie: gniot, bardzo słaby, po prostu słaby. Ktoś mądry kiedyś mi powiedział, że po komedii nie ma co oczekiwać arcydzieła. Ok, ale jakiś poziom by się przydał.

No dobra, lecim z tym koksem…

Balls of Fury (2007)

Nie oglądajcie tego. Tutaj nie ma o czym pisać nawet. Obleśny grubas grający w ping pong (to wystarczy za argument– film o ping pongu?), żarty śmieszące może przedszkolaków, okropna gra aktorska i idiotyczna do bólu fabuła. Powtarzam – nie oglądajcie tego filmu. Nawet śliczna Maggie Q (co ciekawe mająca polskie korzenie) nie podnosi noty. I tylko zastanawia mnie, co Christopher Walken robi w takim gniocie?

Ocena: 1/10

Smiley Face (2007)

Anna Faris (ta panienka z serii Scary Movie) latająca po mieście w stanie nie do końca pełnej poczytalności, czyli kolejny film o paleniu zioła i odjazdach po nim. Bohaterka mnie strasznie irytowała, fabuła zanudziła. Nieczęsto myślę o wyłączeniu filmu w trakcie seansu, a w tym przypadku tak było. Kilka znanych twarzy przewija się w tym filmie w rolach epizodycznych, do tego był potencjał, ale trochę zmarnowany. Ktoś w komentarzach na Filmwebie napisał, że aby ten film się podobał należy być w takim stanie jak główna postać. W takim przypadku ja dziękuję i wystawiam:

Ocena: 2/10

The Brothers Solomon (2007)

Historia dwóch przygłupich braci, którzy mają problemy ze znalezieniem się w społeczeństwie. Póki co jakoś żyją, ale kłopot zaczyna się w momencie, gdy ich ojciec zapada w śpiączkę a jego życzeniem jest doczekać narodzin wnucząt. Chłopcy zaczynają więc usilnie starać się o dzieciaka i to bardzo różnymi metodami. Głupie teksty, kiepskie aktorstwo, pomysł słaby – nic dobrego o tym filmie nie mogę napisać. No dobra – jest jeden plus, a mianowicie scena na początku filmu, gdy jeden z braci wita się z ojcem swojej dziewczyny. To było zabawne, ale cała reszta – nudna.

Ocena: 2/10

Mr. Woodcock (2007)

Do rodzinnego miasteczka przyjeżdża uznany pisarz, który za swoje osiągnięcia ma otrzymać klucz do miasta. Na miejscu dowiaduje się, że jego mama umawia się ze znienawidzonym nauczycielem gimnastyki, którego zajęcia John najchętniej by wymazał z pamięci. I wtedy wspomnienia wracają, a główny bohater chce „uratować” matkę od złego pana Woodcocka.

W filmie zgromadzono naprawdę przyzwoitą obsadę. W głównej roli Seann William Scott, w tytułowej Billy Bob Thornton a w drugoplanowych Susan Sarandon i Ethan Suplee. Niestety, sama dobra obsada i całkiem niezłe aktorstwo (szczególnie Thorntona) filmu nie ratują. Kiepsko zaprezentowano motywy postaci granej przez Scotta – czemu tak naprawdę nienawidził swojego nauczyciela, skoro dzięki niemu odniósł sukces i stał się tym, kim jest? Jak dla mnie cała intryga była więc bardzo naciągana. Wiało nudą, gagi były mało śmieszne, chociaż niektóre momenty faktycznie zabawne. Mimo to:

Ocena: 3/10

The Pleasure of Your Company (2006)

Bardzo lubię Jasona Biggsa. Wzięło się to pewnie z sentymentu do pierwszej czy drugiej części American Pie, ale mimo wszystko w swoich pozostałych filmach też robił na mnie dobre wrażenie. Tym razem jego bohater, Anderson, nie do końca radzi sobie ze śmiercią niedoszłej narzeczonej, która umarła podczas oświadczyn. Za namową kumpla, rok po tym wydarzeniu, oświadcza się pierwszej spotkanej dziewczynie, Katie (w tej roli śliczna Isla Fisher), która przyjmuje jego oświadczyny. Zaczyna się więc główny wątek filmu, czyli przedstawienie relacji między dwoma zupełnie obcymi osobami, które są narzeczeństwem.

Pomysł na film świetny, ale scenariusz spieprzony zawodowo. To mogła być bardzo śmieszna komedia romantyczna i zapowiadała się tak na początku (scena oświadczyn rewelacyjna), jednak z czasem poziom idiotyzmu rósł w zatrważającym tempie. Wyjątkowo irytował mnie Joe Pantoliano (Cypher z Matrixa) w roli ojca Katie i wciskanie scen z udziałem byłej dziewczyny. Szkoda zmarnowanego potencjału.

Ocena: 4/10

Człowiek roku (Man of the Year) (2006)

Robin Williams gra tutaj komika Toma Dobbsa, który dosyć niespodziewanie, podpuszczony przez publikę godzi się wystartować jako kandydat niezależny na stanowisko prezydenta juesej. Fabuła zapowiadała się nieźle, niestety reżyser Barry Levinson (autor świetnych „Uśpionych”, którzy będą niedługo w TVNie) do końca nie wiedział, czy pójść w stronę komedii czy thrillera. Póki pierwsza część, czyli kampania wyborcza, stawiała na śmiech, było naprawdę świetnie, o tyle w drugiej, po wprowadzeniu wątku miłosnego i sensacyjnego, zrobiło się smutno, nudno i ogólnie kiepsko. Mimo wszystko film ma swoje smaczki i można go obejrzeć. Ale tylko raz.

Ocena: 5/10

Dziewczyna moich koszmarów (The Heartbreak Kid) (2007)

Przy okazji recenzji filmu „Państwo młodzi: Chuck i Larry” wspomniałem, że nie przepadam za Benem Stillerem tak jak za Adamem Sandlerem. Ten obraz potwierdza moje zdanie – Stiller w każdym filmie gra tak samo. Tym razem wiecznego kawalera, który w końcu postanawia się przełamać i żeni się z dziewczyną, w której jest zakochany, ale zna ją dopiero od niedawna. Zaraz po ślubie na jaw wychodzą rzeczy, które dowodzą, że zawarcie związku było błędem. Na dodatek podczas podróży poślubnej zakochuje się w innej kobiecie i stara się wybrnąć z tej sytuacji.

Komedia romantyczna jakich wiele. Nie wyróżniająca się niczym specjalnym, ale i specjalnie nie zepsuta. Czasami śmieszna, głównie jednak smętna. W związku z tym…

Ocena: 5/10

Zły Mikołaj (Bad Santa) (2003)

Tym razem mogę zostać skrytykowany za ten pogląd, gdyż „Zły Mikołaj” jest przez niektórych uważany za obraz kultowy. Rozumiem to, mi się jednak podobał średnio. Zgadzam się, że przedstawienie mikołaja jako seksoholika mającego problem z alkoholem jest odważnym posunięciem, do tego świetny Billy Bob Thornton, którego kreację w tym filmie można uznać za legendarną, ale dalej nie jest to obraz kultowy. Ot, poprawnie zrealizowana świąteczna komedyjka, która łamie standardy obowiązujące w tego typu produkcjach.

Ocena: 5/10

Wybaczcie, że do tej pory o filmach pisałem dosyć lakonicznie. Nie sądzę jednak, aby były to obrazy, którym należy poświęcić dłuższą chwilę. Mimo wszystko, wiem już czemu je oglądałem. Czasami trzeba przekopać się przez stertę kiepskich produkcji by natrafić na jedną wartościową. Ladies & Gentlemen, I now pronounce you:

The Ten (2007)

Mam specyficzne poczucie humoru. Od kilku lat regularnie oglądam takie animowane serie jak „South Park”, „Family Guy”, „American Dad”, „The Simpsons” czy „Robot Chicken” i przy każdym z nich bawię się wyśmienicie. Nie lubię natomiast polskich kabaretów, polskich komedii i żartów przesadnie poprawnych politycznie. Podobają mi się więc często filmy, które mają opinię gniotów, natomiast te rzekomo niezłe – nie (patrz: „Bad Santa”). „The Ten” jest właśnie takim filmem – wystarczy poczytać komentarze na Filmwebie i dowiedzieć się, że jest to „gniot”, „kicha”, „gówno” itd. Na IMDB wcale nie lepiej.

Przyznaję, że nie musi wszystkim „The Ten” się podobać. Styl humoru, który prezentuje można nazwać „hit-or-miss”, czyli jak trafia w gusta to film ogląda się wyśmienicie, a jak nie – jest to dla widza katorga. Trzeba wziąć więc pod uwagę, że przez półtorej godziny jest się atakowanym mniej lub bardziej abstrakcyjnymi żartami, scenami wręcz porażającymi głupotą, a jednak śmiesznymi. Właśnie dlatego przez cały seans miałem wrażenie, że oglądam fabularną wersję „South Park” – to właśnie ten typ humoru dominuje przez większość czasu.

„The Ten” to dziesięć krótkich historii dotyczących dekalogu. Każda opowieść to bardzo luźna, daleka od tradycyjnej interpretacja jednego z przykazań. Wszystko łączy osoba narratora, który w ciemnym pomieszczeniu z dwoma kamiennymi tablicami zapowiada kolejne części. Czasami występują w nich te same postacie, natomiast klamrą spina wszystko świetna piosenka finałowa.

Aktorstwo stoi na bardzo wysokim poziomie. Wiodącą rolę odgrywa Paul Rudd, który wciela się w wyżej wspomnianego narratora. Muszę przyznać, że od czasu występu w „Przyjaciołach” śledzę rozwój jego kariery i bardzo go polubiłem. Wyrósł obecnie na jednego z najbardziej rozchwytywanych aktorów komediowych. I słusznie, gdyż talentu mu odmówić nie można. Partnerują mu Famke Janssen, Gretchen Mol, Liev Schreiber, Winona Ryder, Justin Theroux i Adam Brody, wymieniając tylko tych najbardziej znanych. Warto zauważyć także niewielkie cameo Jessici Alby i Janeane Garofalo.

Reżyser i scenarzysta David Wain bardzo odważnie podszedł do delikatnego tematu religijnego. Przypuszczam, że bigoci zareagują na niego histeryczną wrogością i posądzą o obrazę uczuć religijnych, jednak fuck them! Tym samym można się dowiedzieć, że „dzień święty święcić” nie musi oznaczać chodzenia co niedzielę do kościoła, ale przykładowo bieganie nago po mieszkaniu :). Śmieszy mnie to tak samo, jak dwóch sąsiadów rywalizujących w ilości kupionych tomografów czy też facet powtarzający kilkukrotnie słowo „vagina”. A i tak najlepszym wątkiem jest więzienna „miłość”.

Cały film tworzy zgrabną całość oraz, mimo niewielkiego budżetu, jest nieźle zrealizowany. Przede wszystkim nie jest to też durna komedia opierająca się jedynie na gagach. Mimo wszystko podczas seansu należy uruchomić zardzewiałe szare komórki i przeanalizować znaczenie każdego epizodu oraz odnieść go do konkretnego przykazania. Aż dziw bierze, jak interpretowane mogą być jedne z fundamentalnych zasad wiary judeochrześcijańskiej. W filmie ukryto też kilka ciekawostek zabawnych dopiero w momencie, gdy zna się ich kontekst, przykładowo Winona Ryder grająca główną rolę w segmencie „Nie kradnij”.

Aby nie słodzić do końca przyznam, że mimo wszelkich zalet film ten nie jest arcydziełem. Dosyć często trafiają się nieudane żarty, czasami kiczowate, czasami po prostu mało zabawne, co jest największym grzechem komedii. Nie jest to też produkcja kultowa, raczej szybko zostanie zapomniana i nie pozostawi po sobie głębszego śladu. Za minus można uznać także fakt, że jest on przeznaczony głównie dla widowni amerykańskiej, gdyż w filmie występuje sporo tzw. one-linerów i są one niekiedy ciężkie do wyłapania dla kogoś bez dobrej znajomości języka angielskiego, natomiast napisy nie oddają zamierzonego sensu zdania.

W ostatecznym rozrachunku dalej jest „The Ten” filmem, który warto zobaczyć. Warto, jeżeli ma się takie poczucie humoru, które pozwoli na nim się bawić.

Ocena: 7/10

Część druga hurtowni w następnej notce, tym razem filmy należące do innych gatunków.