środa, 2 stycznia 2008

Hurtowni część pierwsza: Komediowo

W ostatni dzień roku poprzedniego obiecałem długą, hurtową recenzję filmów, które widziałem w okresie świątecznym. No tak, ale wstając 1 stycznia 2008 roku przypomniałem sobie przesąd, że jak spędzisz ten dzień to taki będzie cały nowy rok. Długo się nie namyślając wprowadziłem w życie podstawową zasadę dla każdego lenia – co masz zrobić dzisiaj, zrób jutro i dzięki temu będziesz miał kolejny dzień wolnego. Życzę sobie, aby ten rok właśnie taki był ;)

Wracam do sprawy zasadniczej, czyli recenzji filmów. Teraz pod lupę wezmę komedie, gdyż głównie takie lekkie filmidła wybierałem. I do tej pory zastanawiam się – czemu? Czemu po kolejnym gniocie sięgałem po następny, jeszcze gorszy? Już to chyba wiem, ale o tym w dalszej części tekstu.

Niestety, moje wrażenia dotyczące kondycji umysłowej scenarzystów amerykańskich i ich poczucia humoru są wielce negatywne. Oglądałem chyba każdy możliwy rodzaj komedii – od niezależnej, przez romantyczną po sportową i stwierdzam, że filmy te można podzielić na kategorie: gniot, bardzo słaby, po prostu słaby. Ktoś mądry kiedyś mi powiedział, że po komedii nie ma co oczekiwać arcydzieła. Ok, ale jakiś poziom by się przydał.

No dobra, lecim z tym koksem…

Balls of Fury (2007)

Nie oglądajcie tego. Tutaj nie ma o czym pisać nawet. Obleśny grubas grający w ping pong (to wystarczy za argument– film o ping pongu?), żarty śmieszące może przedszkolaków, okropna gra aktorska i idiotyczna do bólu fabuła. Powtarzam – nie oglądajcie tego filmu. Nawet śliczna Maggie Q (co ciekawe mająca polskie korzenie) nie podnosi noty. I tylko zastanawia mnie, co Christopher Walken robi w takim gniocie?

Ocena: 1/10

Smiley Face (2007)

Anna Faris (ta panienka z serii Scary Movie) latająca po mieście w stanie nie do końca pełnej poczytalności, czyli kolejny film o paleniu zioła i odjazdach po nim. Bohaterka mnie strasznie irytowała, fabuła zanudziła. Nieczęsto myślę o wyłączeniu filmu w trakcie seansu, a w tym przypadku tak było. Kilka znanych twarzy przewija się w tym filmie w rolach epizodycznych, do tego był potencjał, ale trochę zmarnowany. Ktoś w komentarzach na Filmwebie napisał, że aby ten film się podobał należy być w takim stanie jak główna postać. W takim przypadku ja dziękuję i wystawiam:

Ocena: 2/10

The Brothers Solomon (2007)

Historia dwóch przygłupich braci, którzy mają problemy ze znalezieniem się w społeczeństwie. Póki co jakoś żyją, ale kłopot zaczyna się w momencie, gdy ich ojciec zapada w śpiączkę a jego życzeniem jest doczekać narodzin wnucząt. Chłopcy zaczynają więc usilnie starać się o dzieciaka i to bardzo różnymi metodami. Głupie teksty, kiepskie aktorstwo, pomysł słaby – nic dobrego o tym filmie nie mogę napisać. No dobra – jest jeden plus, a mianowicie scena na początku filmu, gdy jeden z braci wita się z ojcem swojej dziewczyny. To było zabawne, ale cała reszta – nudna.

Ocena: 2/10

Mr. Woodcock (2007)

Do rodzinnego miasteczka przyjeżdża uznany pisarz, który za swoje osiągnięcia ma otrzymać klucz do miasta. Na miejscu dowiaduje się, że jego mama umawia się ze znienawidzonym nauczycielem gimnastyki, którego zajęcia John najchętniej by wymazał z pamięci. I wtedy wspomnienia wracają, a główny bohater chce „uratować” matkę od złego pana Woodcocka.

W filmie zgromadzono naprawdę przyzwoitą obsadę. W głównej roli Seann William Scott, w tytułowej Billy Bob Thornton a w drugoplanowych Susan Sarandon i Ethan Suplee. Niestety, sama dobra obsada i całkiem niezłe aktorstwo (szczególnie Thorntona) filmu nie ratują. Kiepsko zaprezentowano motywy postaci granej przez Scotta – czemu tak naprawdę nienawidził swojego nauczyciela, skoro dzięki niemu odniósł sukces i stał się tym, kim jest? Jak dla mnie cała intryga była więc bardzo naciągana. Wiało nudą, gagi były mało śmieszne, chociaż niektóre momenty faktycznie zabawne. Mimo to:

Ocena: 3/10

The Pleasure of Your Company (2006)

Bardzo lubię Jasona Biggsa. Wzięło się to pewnie z sentymentu do pierwszej czy drugiej części American Pie, ale mimo wszystko w swoich pozostałych filmach też robił na mnie dobre wrażenie. Tym razem jego bohater, Anderson, nie do końca radzi sobie ze śmiercią niedoszłej narzeczonej, która umarła podczas oświadczyn. Za namową kumpla, rok po tym wydarzeniu, oświadcza się pierwszej spotkanej dziewczynie, Katie (w tej roli śliczna Isla Fisher), która przyjmuje jego oświadczyny. Zaczyna się więc główny wątek filmu, czyli przedstawienie relacji między dwoma zupełnie obcymi osobami, które są narzeczeństwem.

Pomysł na film świetny, ale scenariusz spieprzony zawodowo. To mogła być bardzo śmieszna komedia romantyczna i zapowiadała się tak na początku (scena oświadczyn rewelacyjna), jednak z czasem poziom idiotyzmu rósł w zatrważającym tempie. Wyjątkowo irytował mnie Joe Pantoliano (Cypher z Matrixa) w roli ojca Katie i wciskanie scen z udziałem byłej dziewczyny. Szkoda zmarnowanego potencjału.

Ocena: 4/10

Człowiek roku (Man of the Year) (2006)

Robin Williams gra tutaj komika Toma Dobbsa, który dosyć niespodziewanie, podpuszczony przez publikę godzi się wystartować jako kandydat niezależny na stanowisko prezydenta juesej. Fabuła zapowiadała się nieźle, niestety reżyser Barry Levinson (autor świetnych „Uśpionych”, którzy będą niedługo w TVNie) do końca nie wiedział, czy pójść w stronę komedii czy thrillera. Póki pierwsza część, czyli kampania wyborcza, stawiała na śmiech, było naprawdę świetnie, o tyle w drugiej, po wprowadzeniu wątku miłosnego i sensacyjnego, zrobiło się smutno, nudno i ogólnie kiepsko. Mimo wszystko film ma swoje smaczki i można go obejrzeć. Ale tylko raz.

Ocena: 5/10

Dziewczyna moich koszmarów (The Heartbreak Kid) (2007)

Przy okazji recenzji filmu „Państwo młodzi: Chuck i Larry” wspomniałem, że nie przepadam za Benem Stillerem tak jak za Adamem Sandlerem. Ten obraz potwierdza moje zdanie – Stiller w każdym filmie gra tak samo. Tym razem wiecznego kawalera, który w końcu postanawia się przełamać i żeni się z dziewczyną, w której jest zakochany, ale zna ją dopiero od niedawna. Zaraz po ślubie na jaw wychodzą rzeczy, które dowodzą, że zawarcie związku było błędem. Na dodatek podczas podróży poślubnej zakochuje się w innej kobiecie i stara się wybrnąć z tej sytuacji.

Komedia romantyczna jakich wiele. Nie wyróżniająca się niczym specjalnym, ale i specjalnie nie zepsuta. Czasami śmieszna, głównie jednak smętna. W związku z tym…

Ocena: 5/10

Zły Mikołaj (Bad Santa) (2003)

Tym razem mogę zostać skrytykowany za ten pogląd, gdyż „Zły Mikołaj” jest przez niektórych uważany za obraz kultowy. Rozumiem to, mi się jednak podobał średnio. Zgadzam się, że przedstawienie mikołaja jako seksoholika mającego problem z alkoholem jest odważnym posunięciem, do tego świetny Billy Bob Thornton, którego kreację w tym filmie można uznać za legendarną, ale dalej nie jest to obraz kultowy. Ot, poprawnie zrealizowana świąteczna komedyjka, która łamie standardy obowiązujące w tego typu produkcjach.

Ocena: 5/10

Wybaczcie, że do tej pory o filmach pisałem dosyć lakonicznie. Nie sądzę jednak, aby były to obrazy, którym należy poświęcić dłuższą chwilę. Mimo wszystko, wiem już czemu je oglądałem. Czasami trzeba przekopać się przez stertę kiepskich produkcji by natrafić na jedną wartościową. Ladies & Gentlemen, I now pronounce you:

The Ten (2007)

Mam specyficzne poczucie humoru. Od kilku lat regularnie oglądam takie animowane serie jak „South Park”, „Family Guy”, „American Dad”, „The Simpsons” czy „Robot Chicken” i przy każdym z nich bawię się wyśmienicie. Nie lubię natomiast polskich kabaretów, polskich komedii i żartów przesadnie poprawnych politycznie. Podobają mi się więc często filmy, które mają opinię gniotów, natomiast te rzekomo niezłe – nie (patrz: „Bad Santa”). „The Ten” jest właśnie takim filmem – wystarczy poczytać komentarze na Filmwebie i dowiedzieć się, że jest to „gniot”, „kicha”, „gówno” itd. Na IMDB wcale nie lepiej.

Przyznaję, że nie musi wszystkim „The Ten” się podobać. Styl humoru, który prezentuje można nazwać „hit-or-miss”, czyli jak trafia w gusta to film ogląda się wyśmienicie, a jak nie – jest to dla widza katorga. Trzeba wziąć więc pod uwagę, że przez półtorej godziny jest się atakowanym mniej lub bardziej abstrakcyjnymi żartami, scenami wręcz porażającymi głupotą, a jednak śmiesznymi. Właśnie dlatego przez cały seans miałem wrażenie, że oglądam fabularną wersję „South Park” – to właśnie ten typ humoru dominuje przez większość czasu.

„The Ten” to dziesięć krótkich historii dotyczących dekalogu. Każda opowieść to bardzo luźna, daleka od tradycyjnej interpretacja jednego z przykazań. Wszystko łączy osoba narratora, który w ciemnym pomieszczeniu z dwoma kamiennymi tablicami zapowiada kolejne części. Czasami występują w nich te same postacie, natomiast klamrą spina wszystko świetna piosenka finałowa.

Aktorstwo stoi na bardzo wysokim poziomie. Wiodącą rolę odgrywa Paul Rudd, który wciela się w wyżej wspomnianego narratora. Muszę przyznać, że od czasu występu w „Przyjaciołach” śledzę rozwój jego kariery i bardzo go polubiłem. Wyrósł obecnie na jednego z najbardziej rozchwytywanych aktorów komediowych. I słusznie, gdyż talentu mu odmówić nie można. Partnerują mu Famke Janssen, Gretchen Mol, Liev Schreiber, Winona Ryder, Justin Theroux i Adam Brody, wymieniając tylko tych najbardziej znanych. Warto zauważyć także niewielkie cameo Jessici Alby i Janeane Garofalo.

Reżyser i scenarzysta David Wain bardzo odważnie podszedł do delikatnego tematu religijnego. Przypuszczam, że bigoci zareagują na niego histeryczną wrogością i posądzą o obrazę uczuć religijnych, jednak fuck them! Tym samym można się dowiedzieć, że „dzień święty święcić” nie musi oznaczać chodzenia co niedzielę do kościoła, ale przykładowo bieganie nago po mieszkaniu :). Śmieszy mnie to tak samo, jak dwóch sąsiadów rywalizujących w ilości kupionych tomografów czy też facet powtarzający kilkukrotnie słowo „vagina”. A i tak najlepszym wątkiem jest więzienna „miłość”.

Cały film tworzy zgrabną całość oraz, mimo niewielkiego budżetu, jest nieźle zrealizowany. Przede wszystkim nie jest to też durna komedia opierająca się jedynie na gagach. Mimo wszystko podczas seansu należy uruchomić zardzewiałe szare komórki i przeanalizować znaczenie każdego epizodu oraz odnieść go do konkretnego przykazania. Aż dziw bierze, jak interpretowane mogą być jedne z fundamentalnych zasad wiary judeochrześcijańskiej. W filmie ukryto też kilka ciekawostek zabawnych dopiero w momencie, gdy zna się ich kontekst, przykładowo Winona Ryder grająca główną rolę w segmencie „Nie kradnij”.

Aby nie słodzić do końca przyznam, że mimo wszelkich zalet film ten nie jest arcydziełem. Dosyć często trafiają się nieudane żarty, czasami kiczowate, czasami po prostu mało zabawne, co jest największym grzechem komedii. Nie jest to też produkcja kultowa, raczej szybko zostanie zapomniana i nie pozostawi po sobie głębszego śladu. Za minus można uznać także fakt, że jest on przeznaczony głównie dla widowni amerykańskiej, gdyż w filmie występuje sporo tzw. one-linerów i są one niekiedy ciężkie do wyłapania dla kogoś bez dobrej znajomości języka angielskiego, natomiast napisy nie oddają zamierzonego sensu zdania.

W ostatecznym rozrachunku dalej jest „The Ten” filmem, który warto zobaczyć. Warto, jeżeli ma się takie poczucie humoru, które pozwoli na nim się bawić.

Ocena: 7/10

Część druga hurtowni w następnej notce, tym razem filmy należące do innych gatunków.

Brak komentarzy: